Doktor Dolittle w Warszawie

wpis w: Budynki, Gry, Książki, SEZON 2 | 0

Gościliśmy u nas niedawno niesamowitą osobowość – odwiedził nas Doktor Dolittle, nawet przywiózł ze sobą swoje ukochane zwierzęta. Książę Bumpo, afrykański następca tronu, chodzący boso i studiujący w Oksfordzie serdeczny przyjaciel doktora Dolittle, opowiedział doktorowi o mieście, w którym rośnie sztuczna palma. Miasto nazywa się Warszawa i leży w Polsce nad rzeką Wisłą. Doktor postanowił zobaczyć owo sztuczne a rosnące zjawisko na własne oczy. Zapakował na statek zwierzęta, mapy oraz prowiant i wyruszył w daleką podróż. Doktor przepłynął morza i oceany, żeby się tu dostać, bo akurat był na drugim krańcu świata. Ale wreszcie wpłynął do bałtyckiego portu i skierował się w dół Wisły, żeby dotrzeć do Warszawy. Czekaliśmy na niego przy Centrum Nauki Kopernik. Tak się złożyło, że dzięki doktorowi Dolittle POZNAJEMY WARSZAWĘ POPRZEZ GRY i POPRZEZ KSIĄŻKI.

Doktor Dolittle

 

DOKTOR DOLITTLE W WARSZAWIE

Dobrze, że w życiu możemy sobie ustalić jakiś constans, pewne niezmienne wartości lub punkty-schrony, do których możemy uciec w trudnych chwilach. Wystarczy zamknąć oczy i już przenosimy się do naszej krainy wiecznego uśmiechu, gdzie panuje radość i beztroska. Jednym z takich punktów odniesienia są dla mnie opowieści o doktorze Dolittle, której autorem jest brytyjski pisarz Hugh Lofting. A historie te były prawdziwym schronem, dosłownie i w przenośni, w czasie I wojny światowej, podczas której Lofting pisał w okopach pokrzepiające opowiastki, zamiast dzielić się okropnościami, które widział wokół. Doktor Dolittle posiada nie tylko dar rozumienia mowy zwierząt, ale przede wszystkim szanuje zwierzęta i taki właśnie wzorzec przekazuje młodemu czytelnikowi, czyniąc tym samym świat lepszym miejscem. Wesołe przygody doktora i jego towarzyszy sprawiają, że chcemy podróżować razem z nimi, a co ciekawsze – wszelkie smutki zostają gdzieś za nami. Niniejszy post dedykuję więc wszystkim wielbicielom doktora Dolittle z nadzieją, że pomoże on nie tylko w wybudowaniu schronu, ale na nowo pobudzi ducha przygody. Wszak właśnie zaczynają się wakacje!

W mojej kolekcji znajdują się wszystkie części serii o doktorze Dolittle, kompletowałam je przez wiele lat. Najcenniejsze są te pochodzące z lat sześćdziesiątych – są to pierwsze wydania z Wydawnictwa Nasza Księgarnia z ilustracjami Zbigniewa Lengrena. Kreskę rysownik ma znakomitą, jednak moim zdaniem postać doktora zbytnio odbiega od moich wyobrażeń – jest on zdecydowanie zbyt smukły i nosi brodę. Wiem jednak, że ta wersja ma wielu zwolenników, tym bardziej, że przedruk ilustracji znajdziemy i w późniejszych wydaniach, nie zamierzam więc absolutnie umniejszać jej rangi. Zbigniewa Lengrena uwielbiam zresztą za całokształt. Na półce stoją też trzy części z Wydawnictwa Alfa, które pokusiło się o zamieszczenie oryginalnych ilustracji, wykonanych przez samego autora powieści, Hugh Loftinga. Doktor Dolittle jest na nich przyjemnie pulchniutki, jednak nad talent rysunkowy Loftinga zdecydowanie stawiam jego talent pisarski. Najbardziej ukochałam sobie wydanie z Książki i Wiedzy, z tego wydawnictwa pochodzi większość tomów mojej kolekcji. Ilustracje w tej serii są autorstwa Maryli Mikiewicz-Poreyko, wspaniałej ilustratorki, której Jan Dolittle wzorowany jest w dużej mierze na oryginale, a wręcz – i tu ośmielę się na odważną opinię – jest od owego oryginału lepszy. Bardziej dopracowany, weselszy, po prostu rewelacyjny! To jest właśnie „mój” doktor Dolittle – doktor moich marzeń, doktor moich snów, doktór, z którym śmiało mogłabym ruszyć w nieznane! I to właśnie również rysunki Maryli Mikiewicz-Pereyko stały się przyczynkiem do zilustrowania Warszawskich przygód Doktora Dolittle. Żadna z postaci doktora ani jego zwierząt nie jest wierną kopią. Jest to pastisz i wariacja, która przedstawiać ma moje uwielbienie, sympatię, niezmierną wdzięczność oraz podziękowanie za rysunki, które stały się nieodłączną częścią mojego dzieciństwa. Ilustracje uwielbiam i jednocześnie szanuję do tego stopnia, że nigdy nie ośmieliłam się ich pokolorować, chociaż w oczach dziecka same się o to prosiły, przypominają bowiem kolorowanki, które uwielbiałam wypełniać kredkami. Wiele książek w dzieciństwie pokolorowałam, Doktor Dolittle nigdy nie został tknięty.

Moją ulubioną częścią są Podróże Doktora Dolittle, pierwszy raz przeczytałam ją, gdy miałam 9 lat. W części tej doktor wraz z młodym asystentem Tomkiem Stubbinsem i zwierzętami wyruszają na poszukiwanie Wielkiej Strzały, zaginionego podróżnika. Jakże marzyłam o tym, żeby być na miejscu Tomka i przeżyć te wszystkie niesamowite przygody! W szczególności fascynowała mnie podróż po dnie oceanu we wnętrzu Wielkiego Ślimaka, który miał transparentną skorupę, dzięki czemu wszystko było przez nią widać. Zawsze bałam się, że pasażerom nie wystarczy tlenu do końca podróży… Potrafiłam wstać w środku nocy, żeby sprawdzić, czy wszystko z nimi w porządku. Doktor Dolittle kazał mi w tej chwili gasić światło, zmykać do łóżka i się nie martwić. Faktycznie miał rację – za każdym razem podróż kończyła się szczęśliwie.

Statek doktora Dolittle przybił do brzegu, a wszyscy pasażerowie z widoczną ulgą stanęli na suchym lądzie – płynęli już od wielu tygodni i byli nie tylko zmęczeni, ale i głodni. Dad-Dab narzekała, że doprawdy nie sposób wykarmić taką chmarę głodomorów samymi sucharami i konfiturą z malin. Co prawda zeszłego lata zrobiła jej na wszelki wypadek aż 167 słoików, ale z Geb-Geb na pokładzie nie miało się żadnej pewności… Dab-Dab kilka razy przyłapała prosię z umorusanym ryjkiem, jednak ono nic sobie nie robiło z jej wymówek. Korzystając z chwili zamieszania, spowodowaną wizją obfitego posiłku i odpoczynku, doktor Dolittle zostawił nam pod opieką swoje zwierzęta, a sam niepostrzeżenie zjechał ruchomymi schodami do stacji metra. Kilka razy się przesiadał, dwa razy się zgubił, ale wreszcie dotarł na miejsce – doktor Dolittle rozpoczął zwiedzanie od Wilanowa, mniemał bowiem, że właśnie w jego ogrodach znajduje się ta prawdziwa-sztuczna palma.

 

Doktor Dolittle Doktor DolittleDoktor DolittleDoktor DolittleDoktor DolittleDoktor DolittleDoktor DolittleDoktor DolittleDoktor Dolittle

Ale znalazł ją dopiero przy Rondzie de Gaulle’a. Doktor Dolittle zdumiał się palmą niezmiernie. Na poczcie przy Świętokrzyskiej nadał telegram do Księcia Bumpo, żeby ten czym prędzej przysłał do Warszawy kilka prawdziwych, dorodnych palm. Bumpo ich braku z pewnością nawet nie odczuje, a tutaj przydadzą się nadzwyczajnie. Biedni ludzie w tej Warszawie STOP mają tu nie tylko sztuczną palmę STOP ale nawet sztuczną tęczę! STOP Prześlij koniecznie palm pięć STOP albo nawet sześć STOP Niech mają ci warszawiacy coś żywego STOP Ukłony STOP doktor Jan Dolittle

W podzięce za opiekę nad zwierzętami doktor Dolittle zaproponował nam grę, którą często praktykował, gdy nie miał pomysłu, dokąd udać się w kolejną podróż. Wszystkie zwierzęta od razu obstąpiły doktora i słuchały z zaciekawieniem. Papuga Polinezja, która nauczyła doktora mowy zwierząt, od powrotu z Afryki nie odstępowała doktora na krok. Sowa Tu-Tu prowadziła księgi rachunkowe i huczała mu nad głową, że za dużo wydaje na jedzenie dla Geb-Geb, a to prosię i tak nigdy nie było najedzone. Wróbel Pyskacz, chociaż sam mikrus, naśmiewał się ze wzrostu Białej Myszki, która zabawnie podskakiwała, chcąc zobaczyć mapę, którą doktor zawiesił na ścianie. Małpka Czi-Czi wdrapała się na półkę i prawą łapą co chwilę usiłowała trącać jedną z głów Dwugłowca. Przyuważyła to kaczka Dab-Dab i skarciła Czi-Czi ostrym spojrzeniem. Pies Jip niecierpliwie merdał ogonkiem, bo wiedział, że gdy doktor rozwija mapę, szykuje się jakaś nowa przygoda!

 

JAZDA W NIEZNANE!

Doktor Dolittle

– Wiem już, co zrobimy, Stubbins. Zabawimy się w grę, w którą się często bawiłem w mojej młodości […] Nazywałem tę grę wówczas Jazdą w nieznane. Gdy chciałem udać się w podróż i nie wiedziałem dokąd, otwierałem z zamkniętymi oczami atlas. Potem, wciąż jeszcze nie patrząc, brałem ołówek i zatrzymywałem go na jakiejkolwiek stronicy, na jakiej atlas był otwarty. Potem otwierałem oczy i patrzyłem. Jazda w nieznane to gra niezwykle podniecająca, gdyż nim się ją rozpocznie, trzeba złożyć przysięgę, że pojedzie się w miejsce, na które trafi, cokolwiek się stanie. Chcesz w to zagrać?
– Tak, naturalnie, chcę bardzo! – nieledwie krzyknąłem. Jakie to ciekawe! Może natrafimy na Chiny albo na Borneo, albo na Bagdad.
W sekundę wdrapałem się na najwyższą półkę szafy bibliotecznej, wyciągnąłem stamtąd wielki atlas i położyłem go na stole przed doktorem. Znalem na pamięć każą stronicę tego atlasu. Ileż to razy w dzień i w nocy wodziłem oczyma po tych zżółkłych ze starości mapach, szedłem wzdłuż brzegów błękitnych rzek, od gór aż po morze, zastanawiając się, jak wyglądają w rzeczywistości małe miasta i jak głęboka jest toń jezior. Bawiłem się doskonale, oglądając ten atlas, podróżując w wyobraźni po całym świecie. […]
– No i co? Jesteśmy gotowi? Weź ołówek i stań tutaj przy stole. Gdy książka się otworzy, zatocz trzykrotnie ołówkiem koło i dotknij nim otwartej stronicy. Gotowe? Dobrze – zamknij oczy!  
Była to chwila pełna napięcia i niepokoju, ale bardzo podniecająca. Mieliśmy obaj oczy mocno zamknięte. Słyszałem, jak się atlas z trzaskiem otworzył i zastanawiałem się, na której stronie. Na Anglii czy Azji? Gdyby to była Azja! Ileż zależało od tego, gdzie ołówek trafi! Obróciłem nim trzy razy wokoło, potem opuściłem rękę. Koniec ołówka dotknął stronicy.
– Gotowe! – zawołałem. – Stało się!
Otworzyliśmy obaj oczy. I głowy nasze w pośpiechu, by sprawdzić, dokąd mamy pojechać, zderzyły się ze sobą. Atlas otworzył się na mapie Oceanu Atlantyckiego. Koniec mego ołówka tkwił wyraźnie pośrodku maleńkiej wysepki, której nazwa wydrukowana była tak drobnymi literkami, że doktor musiał nałożyć silne szkła, żeby je odczytać. Drżałem ze wzruszenia.
– Wyspa Pajęczych Małp – powiedział powoli, pogwizdując. – Jakież to dziwne. Natrafiłeś na wyspę, na której widziano po raz ostatni Wielką Strzałę. Chciałbym wiedzieć… Ach, jakie to dziwne!
– Pojedziemy tam przecież, doktorze? – zapytałem.
– Rozumie się, według zasad gry – musimy. [1]

– A wy? – doktor zwrócił się do nas. – Chcecie w to zagrać? Tylko dla was przygotowałem taką warszawską edycję.
– Tak, naturalnie, bardzo chcemy! – odkrzyknęliśmy jednogłośnie.

[1] Hugh Lofting Podróże doktora Dolittle, Książka i wiedza, Warszawa 1988, ss. 99-101.

 

WERSJA VARSAVSKA

Postanowiliśmy jednak nieco unowocześnić Jazdę w nieznane, żeby XIX wiek spotkał się z wiekiem XXI. Do naszej gry użyliśmy Google Maps, otrzymując w ten sposób dokładne współrzędne miejsca, w które mieliśmy się udać. Mapa Warszawy przedstawia się następująco:

Doktor Dolittle

Vars trzykrotnie przejechał myszką po zaznaczonym ternie i zdecydowanym ruchem kliknął w przypadkowe miejsce. Wytyczony punkt był tak maleńki, że musieliśmy podkręcić mapę, żeby móc go odczytać.

 

Doktor Dolittle

A punktem tym okazał się… Dom pod Królami. Jeden z piękniejszych budynków w mieście. Nie mogliśmy w to wręcz uwierzyć! Mogliśmy trafić na wysypisko śmieci, środek Jeziora Czerniakowskiego albo czubek iglicy Pałacu Kultury i Nauki, a trafiliśmy na ul. Hipoteczną 2, przy której mieści się zabytkowy budynek z wielowiekową historią. To właśnie magia doktora Dolittle, wiedziałam, że zafunduje nam coś niebywałego!

 

Doktor Dolittle

Według zasad gry doktora Dolittle musieliśmy jechać w to miejsce, które zostało wylosowane, tak też więc zrobiliśmy. Doktor oczywiście wybrał się razem z nami.

 

Doktor Dolittle

Budynek, zwany obecnie Domem pod Królami, ma bardzo bogatą historię. Wzniesiony został prawdopodobnie w latach 1616-1624 dla ówczesnego podskarbiego koronnego Mikołaja Daniłowicza z Żurowa, dlatego zwany był Dworem Jana Mikołaja Daniłowicza. W 1660 r. pałac przeszedł w posiadanie jezuitów, a w 1736 r. nabył go Andrzej Załuski, umieszczając w nim zbiory biblioteczne swojego brata, Józefa Załuskiego. W ten sposób w 1747 roku otwarto słynną Bibliotekę Załuskich, jedną z pierwszych publicznych bibliotek w Europie. Na dachu w wieżyczce zostało ulokowane obserwatorium astronomiczne. Na szczęście, z zawieruch dziejowych ocalały elementy najcenniejsze: barokowy portal i takież schody (wewnętrzne) z XVII w., a przede wszystkim fryz z popiersiami królów i książąt polskich. Ten niezwykły zabytek należał zapewne do pierwotnego wystroju rezydencji Daniłowicza. Składało się nań 29 popiersi, od Mieszka I do Zygmunta III Wazy. Z jakiejś przyczyny rzeźby trafiły do piwnicy, gdzie dopiero w 1824 r. odkrył je ówczesny właściciel dworu, Stanisław Nowakowski. Popiersia oczyszczono, dorobiono kolejne – od Władysława IV do księcia warszawskiego Fryderyka Augusta, a następnie ustawiono w niszach od strony frontowego dziedzińca. W 1900 r., po przebiciu Hipotecznej, dom znalazł się przy ulicy i zyskał potoczną nazwę Pod Królami. Usunięto wówczas popiersie Fryderyka Augusta (elektor saski nie był królem ani księciem Polski, lecz księciem warszawskim i zrzekł się tego tytułu po kongresie wiedeńskim, gdy królem Polski został car Aleksander I), dodano za to w niszy zachowaną do dziś figurę Matki Boskiej, wykonaną w 1863 r. Obecnie fryz składa się z 40 popiersi królów i książąt Polski (ci ostatni z okresu rozbicia dzielnicowego). Oryginalne dwukrotnie restaurowano (w latach 1910 i 1960), a po wojnie dodano cztery kolejne. W 1944 r. wiele rzeźb było uszkodzonych, dlatego w latach 60. XX w. dokonano uzupełnień. Niestety, poczet nie ma podpisów, które umożliwiłyby rozpoznanie konkretnych władców.[2] TUTAJ znajduje się lista władców dla chętnych drążenia historii Domu pod Królami. Budynek został spalony podczas powstania warszawskiego, jednak ponownie odbudowano go już w 1944 roku, a na początku lat 60. do pierwotnego kształtu dodano skrzydła boczne i oficyny. Obecnie swoją siedzibę ma tutaj Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych (ZAiKS).

[2] Adam Dylewski Warszawa i okolice, PASCAL 2008.

 

Doktor Dolittle Doktor Dolittle

Doktorowi przypomniało się, że widział już kiedyś ten budynek na rycinie, której autorem był Zygmunt Vogel, ale wtedy nie było jeszcze królów na fasadzie.

Wycieczka odbyta dzięki grze doktora Dolittle była naprawdę fascynującym eksperymentem! Wprowadza dawkę emocji już od samego początku, kiedy to nie wiemy, co możemy wylosować i jednocześnie wiemy, że – według zasad – będziemy musieli się tam udać, choćbyśmy wylosowali miejsce znajdujące się dwie przecznice od naszego domu. Nasza podróż może nie była odległa, jeśli chodzi o przestrzeń, ponieważ Dom pod Królami znajduje się faktycznie całkiem niedaleko naszego domu, ale za to skok w czasie był nieprawdopodobny!

Kto ma ochotę na Jazdę w nieznane? Mapa w dłoń i bawcie się dobrze!

 

Doktor Dolittle

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on TumblrPin on PinterestEmail this to someonePrint this page

Zostaw Komentarz