GTWb – Akcja CXIII – Pod górkę: Cenzura filmowa

wpis w: Kroniki, SEZON 4 | 0

Przy okazji CXIII Akcji GTWb dziś o tym, jak to Pod górkę mieli międzywojenni wielbiciele kina, gdy wkraczała cenzura filmowa. Dziś też lepiej nie mają, bo obecnie, dla odmiany, wolno wszystko. A jeżeli wolno wszystko, to niektórzy sami nie wiedzą, co z tą wolnością zrobić. Niezwykle sarkastyczne, uszczypliwe, wręcz gorzkie teksty krytykujące międzywojenną cenzurę filmową wyszły spod pióra Antoniego Słonimskiego. W cyklu POZNAJEMY WARSZAWĘ POPRZEZ KRONIKI prezentujemy kilka fragmentów.

 

cenzura filmowa

 

 

CENZURA FILMOWA

Międzywojnie nie było łatwym czasem dla kinematografii. W 1919 r. Naczelnik Państwa Józef Piłsudski podpisał Dekret nr 177: w przedmiocie przepisów tymczasowych o widowiskach. Punkt 1 stanowił: Wszelkie utwory z tekstem słownym oraz obrazy świetlne produkowane być mogą publicznie tylko za uprzedniem zezwoleniem urzędów do spraw prasowych, punkt 2: Pozwolenia na otwieranie zakładów widowiskowych i rozrywkowych wydawane będą przez miejscowe państwowe urzędy administracyjne. Wszyscy ci, którzy chcieli zajmować się propagowaniem rozrywki, musieli najpierw zdobyć pozwolenie. A gdy już coś wyprodukowali, nie było powiedziane, że spotka się to z aprobatą surowego cenzora, którzy wpływ na produkcję mieli jeszcze przed rozpoczęciem jakichkolwiek działań. Wśród nich wyróżniał się pruderyjny Leon Łuskino, kierownik Centralnego Biura Filmowego. Jak na żołnierza przystało, wszystko u niego musiało być pod linijkę. Biada, jeżeli coś się cenzorom nie spodobało…

Wprowadzana cenzura filmowa dawało efekt wręcz groteskowy – na ekranach kin wyświetlane były okrojone, przerobione, zmanipulowane i odległe od oryginału wersje filmów. Słonimski suchej nitki nie zostawiał na tego typu praktykach. Zdawał sobie sprawę, że widzowie nie mają wpływu na to, co oglądają, w jakiś sposób próbował jednak uświadomić publiczność.

Sztandarowym przykładem z tekstu Słonimskiego był film Spór o sierżanta Griszę[1], który opisał kronikarz we wrześniu 1931 r. Nie był to właściwie film, tylko ohydnie i bezczelnie wykrajany kawałek taśmy. Wszystko razem trwało czterdzieści minut. Nie było ani sporu, ani sierżanta, ani Griszy, było tylko jedno „o”. Jeżeli cenzura zostawiła jedną trzecią filmu, zwyczajnym oszustwem jest pokazywać taką brednię za biletami, kosztującymi normalnie. Trzeba ogłaszać, że dziś pół porcji i cena biletów wynosi złoty dwadzieścia pięć.[2]

Na koniec Słonimski dodał, że byłoby dobrze, gdyby widz po cenie biletu orientował się, w jakim stosunku okradają go skreśleniami – chodziło rzecz jasna o puste pola, które widoczne były w artykułach po interwencji cenzury. Czytelnik widział, ile tekstu ocenzurowano. W filmie poszczególne klatki były po prostu wycinane, nie zastępowano ich białym tłem, więc widz nie orientował się, ile scen usunięto. Do braku białej taśmy, ukazującej rozmiar cenzury, wracał Słonimski kilkukrotnie.

 

KRONIKI SŁONIMSKIEGO: CENZURA FILMOWA

Po przyjeździe do Warszawy zabrałem się do odrabiania zaległości. Rano przy śniadaniu, w jednym z pism znalazłem śliczną wiadomość, która poderwała mnie z łóżka. Otóż w Nowogródzkiem spadło parę meteorów. Wiadomość o tym kończy się następującą uwagą: „Sprawą tą zajęły się odpowiednie władze”. Jak błogo i jak przyjemnie pomyśleć, że mamy odpowiednie władze nad meteorami. To się nazywa silny regime. Taka władza międzyplanetarna nie pozwoli bezkarnie spadać meteorom na ziemię polską. Kto powiedział, że jesteśmy źle rządzeni, że panuje u nas bałagan i niedołęstwo? Oto macie dowód. Rząd opiekuje się nawet gwiazdami spadającymi, nie mówiąc już o gwiazdach ekranu.

Ochraniają nas przed meteorami i nie wpuszczają niemieckich gwiazd filmowych. „Odpowiednia władza”[3] zakazała również wyświetlania w Pol­sce mówionych filmów niemieckich. Niebieski Anioł[4] pójdzie w wersji an­gielskiej, Marlena Dietrich nie będzie nam pluła w twarz i germaniła dzieci.

„Odpowiednia władza” uważa, że lepiej, aby publiczność nie rozumiała dialogów w kinie. Osiemdziesiąt procent naszych miast rozumie po niemiecku i jeden Szapiro[5] rozumie po angielsku. Dla takiego Szapiry to wszystko jedno, ale co mają zrobić biedni Żydzi? Rząd nie chce, aby publiczność rozumiała, co do niej mówią, i rzeczywiście publiczność coraz mniej rozumie. Mądra polityka. Jak przyjdą wybory, to jak znalazł. Czy takie zakazy mogą wytrzymać próbę życia? Czy naprawdę dobre i dla większości zrozumiałe filmy niemieckie nie utorują sobie drogi do Polski? Może byłoby lepiej, gdybyśmy znali właśnie filmy rosyjskie i niemieckie, a nie karmili się wybrakowanymi odpadkami produkcji amerykańskiej? A może by rząd dopomagał sam do produkowania dobrych dźwiękowych filmów polskich, jak to robi u siebie „wygłodniała” Rosja? Nie. Mogłoby to doprowadzić do rzeczy strasznych.[6]

Wartości artystyczne filmu nie są przez nikogo bronione. Prawo autorskie, zarówno polskie, jak obce, przewiduje oczywiście obronę autorskich praw w filmie, ale przyjrzyjmy się, jak ta sprawa wygląda w praktyce. Pisarz, który pozwala sfilmować swój utwór, już w kontrakcie z wytwórnią zwykle godzi się na wszelkie przeróbki reżyserskie, na najdalej idące zmiany. Czasem z utworu nie zostaje nic prócz tytułu albo tylko nazwiska autora. Jest to sprawa stosunku autora do swego dzieła. Nie mamy prawa się do tego mieszać. Często jednak pisarz stawia pewne granice dowolności interpretowania swego tekstu, często jest to sprawą zaufania do wytwórni czy reżysera, a nawet współpracy z realizatorem. Autor zawsze jeszcze ma możność protestu publicznego przeciw spaczeniu jego koncepcji. Ale w jaki sposób autor może obronić swój film przed agentem filmowym, który nabywając prawa wyświetlania filmu, uważa się za uprawnionego do wprowadzania zmian, wykreśleń, dorabiania napisów i fałszowania dialogów? Znęcanie się nad filmem zaczyna się w agencji filmowej, ale główna operacja odbywa się pod presją cenzury. Agent z natury rzeczy jest mniej niebezpieczny. Interes jego wymaga, aby film nie był pozbawiony atrakcyjności i niewiele stracił na lekkomyślnych skrótach czy niefachowym montażu. Film, który zdobył sobie powodzenie, ma już pancerz ochronny przeciw przeinaczeniom. Interes kapitalisty stoi tu więc na straży interesu autora.

Gorzej rzecz wygląda, gdy dochodzi do głosu państwo, a raczej urzędnik działający w myśl mętnych rozporządzeń albo własnego mętnego umysłu. Cenzura w Polsce jest ostatnią instancją i nie ma apelacji od jej wyroków, wydawanych z całą nonszalancją i pełnym brakiem odpowiedzialności. Cenzura nie motywuje, jak to jest w innych państwach, swoich decyzji. Cenzura wtrąca się do filmów już przecież raz ocenzurowanych przez dość pruderyjną i ostrożną cenzurę amerykańską i wprowadza swoje lokalne korektury. Film podlega cenzurze politycznej, obyczajowej, wojskowej, religijnej, a co najbezczelniejsze – często cenzurze „artystycznej”.

(…)

Czytelnik może sobie pomyśleć, że to, co piszę, jest przesadne, że przecież idzie u nas tyle świetnych filmów zagranicznych, że cenzura wtrąca swoje trzy grosze czy trzy tysiące tylko do niektórych filmów specjalnie niebezpiecznych lub drastycznych. Otóż trzeba wiedzieć, że nawet takie „Marokko”[7] jest poobcinane. Trzeba widzieć film przed cenzurą polską, aby zorientować się w bezdennej czelności i głupocie niektórych skreśleń. Faktów najbardziej groteskowych jest po prostu tyle, wiele było u nas filmów cenzurowanych. Gdyby cenzura trzymała się jakichś, choćby najgorszych, reguł czy zasad, byłoby wiadomo, jakie filmy można do Polski sprowadzać. Ale nie ma tu żadnych praw, i wszystko zależy od tajemniczych konszachtów albo od widzimisię urzędnika. Nie wolno wyświetlać w Polsce filmów o motywach rosyjskich, i dlatego cenzura nie puszcza jakiegoś filmu (i to dobrego), bo jest tam piosenka „Oczy czarne”, ale jednocześnie idzie film „Noce kaukaskie”[8], w którym śpiewają tę właśnie piosenkę. Jeden z cenzorów wykreślił napis w filmie historycznym tyczący się pychy Napoleona Bonaparte. Według zdania tego cenzora Napoleon był skromnym cesarzem, a polski interes państwowy nie pozwala na szerzenie takich opinii o cesarzu francuskim. Rozzuchwalony urzędnik pozwala sobie często na krytykę artystyczną obrazu i wykreśla to, co jemu wydaje się „nieładne” albo „niegustowne”.

Mówiliśmy już o obronie praw autora filmu. Bardziej jednak w tym wypadku interesuje nas obrona praw konsumenta. Widz kinematograficzny w Polsce jest stale oszukiwany. Często wcale o tym nie wie. Gdyby cenzura na miejsce wykreślonych scen puszczała pustą, białą taśmę, widz miałby przynajmniej świadomość skreśleń. W obecnych warunkach orientuje się czasem, widząc wyraźny bezsens albo oglądając wystawione przed kinem fotosy ze scen na filmie wyciętych. Ropiejący wrzód w ostatnich czasach nabrzmiał tak bardzo, że zarówno producenci, jak i biura wynajmu, i świadoma tych oszustw publiczność muszą wypowiedzieć walkę urzędowi cenzury.

(…)

Sprawa cenzury filmowej to jedno z najboleśniejszych naszych utrapień. Olbrzymie znaczenie wychowawcze i artystyczne kina nie pozwoli nam zrezygnować z walki o uzdrowienie urzędu filmowego. Panowie z cenzury muszą się zdobyć na odruch odwagi. Powinni się odezwać. Bronić się przed opinią lub podać się do dymisji. Film niemy już się przeżył. Mamy teraz film mówiony. Niechże więc i cenzura przestanie być niema i głucha. Milczenie w pewnych wypadkach jest jednoznaczne z cynizmem. „Radosna twórczość” cenzury filmowej wymaga, przepraszam za wyrażenie, sanacji.[9] 

 

 

 

 

bibliografia

[1] Spór o sierżanta Griszę – film na motywach powieści Arnolda Zweiga z 1927 r.

[2] Słonimski Antoni Kroniki Tygodniowe 1927-1931, Tom I, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2003, ss. 228-229 [13 wrzesnia 1931 r. Nr 37].

[3] Badanie filmów (czyli cenzurę) przeprowadzało w Polsce międzywojen­nej Centralne Biuro Filmowe. Do jego obowiązków należało nadzorowanie produkcji, przywozu i wywozu filmów, wgląd w sprawy celne i podatkowe, nadzór nad formami propagandy państwowej oraz pełnienie funkcji cenzorskich.

[4] Niebieski anioł (późniejszy tytuł Błękitny anioł), słynny film z Marleną Die­trich, reż. Jozef von Sternberg (1930).

[5] Jerzy Szapiro, dziennikarz, współpracownik socjalistycznego pisma Robotnik.

[6] Słonimski Antoni Kroniki Tygodniowe 1927-1931, Tom I, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2003, ss. 228-229 [31 sierpnia 1930 r. Nr 35].

[7] Marokko (także Maroko) amerykański film z 1930 roku, wyreżyserowany przez Josefa von Sternberga.

[8] Noce kaukaskie, film produkcji francuskiej z 1930 r. w reżyserii Marcela L’Herbiera.

[9] Słonimski Antoni Kroniki Tygodniowe 1927-1931, Tom I, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2003, ss. 286-288, [18 maja 1931 r. Nr 18].

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on TumblrPin on PinterestEmail this to someonePrint this page

Zostaw Komentarz