Koncert Michaela Jacksona w Warszawie – GTWb – Akcja XCVI

wpis w: GTWb, Koncerty, SEZON 2 | 10

Chciałabym napisać, że wydarzyło się to 20 lat temu, bo taki temat ma XCVI akcja GTWb w tym miesiącu. Jednak prawda jest taka, że miało to miejsce lat temu 19, ale mam nadzieję, że pomysłodawca tematu na ten brakujący rok przymknie oko. A dlaczego? Bo to było naprawdę ważny moment w moim życiu, mogę to stwierdzić z całym przekonaniem po upływie blisko dwóch dekad. A temat taki już nigdy się nie powtórzy. Sądzę, że było to wydarzenie ważne również dla Warszawy, a nawet i dla Polski – kraju, który przez wiele lat ogradzał i odgradzał komunistyczny mur. Wydarzeniem tym był koncert Michaela Jacksona, który odbył się 20 września 1996 roku na lotnisku Bemowo w Warszawie. Prezenterzy radiowi i telewizyjni powtarzali jak mantrę, że czegoś podobnego Polska dotychczas nie widziała, przynajmniej, jeśli chodzi o muzykę pop. Dlaczego brzydka, niepewna siebie szesnastolatka, która nawet nie była jakąś wielką fanką Michaela Jacksona, postanowiła w ogóle pójść na ten koncert?

koncert michaela jacksona ikona

MY Story of HIStory

Zacznijmy od tego, że Sava nigdy nie była wielką fanką nie tylko Jacksona, ale muzyki jako takiej. Nadal nie jest. Muzyki słucha głównie pod prysznicem, kiedy kąpie się wspólnie z mężem, oraz w samochodzie, ale też głównie wtedy, gdy jedzie razem z Varsem. Owszem, za młodu słuchało się Roxette, potem Kasi Kowalskiej czy Edyty Bartosiewicz, ale żeby zaraz umierać z miłości do jakiegoś piosenkarza, zraszać co noc łzami poduszę z jego podobizną, całować ukradkiem plakat czy wydawać całe kieszonkowe na najnowszą kasetę? – nie, tego Sava nigdy nie robiła. Każdy uciułany grosz zawsze wolała wydawać na książki. I szczerze powiedziawszy nie żałuje. Sava zawsze była outsiderem, żyła w swoim świecie, przez całe dzieciństwo tak naprawdę nie miała ani jednej bliskiej koleżanki, a na ówczesną modę patrzyła z lekką kpiną, jeśli nie obrzydzeniem. Nie, Sava nigdy nie miała glanów, kostki ani podartych jeansów. Nigdy nie malowała paznokci na czarno, nie nosiła agrafki w uchu. Jedyne plakaty, które Sava pamięta na ścianach pokoju, porozklejała cichaczem babcia, kiedy Sava i Atena, młodsza siostra, były w szkole. Babcia chciała zrobić wnuczkom niespodziankę, przykleiła na klej z mąki i wody plakaty, które wzięła od innej wnuczki. Kuzynka starsza była od nas prawie o dekadę i namiętnie słuchała wtedy heavy metalu i ostrego rocka. Trupie czachy i demoniczne sceny naprawdę świetnie wyglądały w kontraście do kolorowych książeczek i zabawek w pokoju małych dziewczynek… Babcia oczywiście chciała dobrze, ale Sava przepłakała wiele nocy, bo szczerze nienawidziła tych plakatów.

Michael Jackson nie był idolem Savy, ponieważ Sava nigdy nie miała idola. Michael był dziwakiem, buntownikiem, wizjonerem, nowatorem. Eksperymentował z kolorem skóry, w pewnym momencie to był naprawdę obciach przyznać się do tego, że jest się fanem Jacksona i słucha się jego muzyki. Czasem odnoszę wrażenie, że nadal tak jest. Nie chodziło nawet o  gatunek muzyczny, ale ze względu na to, co wyprawiał ze swoim życiem. Sava miała jakoś chyba jedenaście lat, kiedy pierwszy raz widziała teledysk do Black or White. Puścili go, zdaje się, w Koncercie życzeń, w ostatniej części, która poświęcona była zawsze młodszym widzom. Teledysk oglądaliśmy na małym, czarno-białym telewizorze, ale i tak robił wrażenie. Minęło parę lat i gruchnęła wiadomość, że Król Popu ma przyjechać do Polski i dać koncert. Co? Michael Jackson? Do nas? To nie pomyłka?

BILETY

bilet na koncert michaela jacksona w warszawieNawet nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego tak naprawdę chciałam iść na ten koncert. Pewnie głównie dlatego, żeby wreszcie przeżyć coś ciekawego i mieć co wspominać za 20, 40, 60 lat… Czułam, że to będzie coś wielkiego, coś niezapomnianego. Moja siostra też bardzo chciała iść. Nie pamiętam, jak nam się udało przekonać rodziców, żeby nas puścili na ten koncert, nie pamiętam też, czy pieniądze na bilety dostałyśmy, czy może uzbierałyśmy z kieszonkowego? Pamiętam za to dzień, w którym je kupiłyśmy. W 96. roku 50 zł to była całkiem niezła sumka, a tyle kosztowały nasze bilety. Szczerze powiedziawszy nawet nie fatygowałam się, żeby szukać jakichś kompanów do pójścia na ten koncert. Akurat poszłam do nowej szkoły, niezbyt jeszcze znałam nowych kolegów. Postanowiłyśmy z Ateną, że po prostu pójdziemy we dwie i będziemy się trzymać razem. Gdy teraz kupujemy bilet, z góry wybieramy konkretny sektor. Wtedy takie określenia jak golden circle czy płyta były zupełnie nieznane, nie myślałyśmy nawet o tym, gdzie będziemy stały, chciałyśmy po prostu dostać bilety wstępu. Nasze bilety nabyłyśmy w boksie w podziemiach w Centrum. To było jedyne miejsce sprzedaży biletów, jakie znałyśmy i okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Bilety były do sektora POD SAMĄ SCENĄ! Mało nie padłyśmy z wrażenia! Chłopak, który sprzedał nam bilety, życzył nam dobrej zabawy i powiedział, że nam zazdrości, bo sam nie będzie mógł być na koncercie. Wyszłyśmy z boksu i podekscytowane oglądałyśmy bilety z każdej strony. I dopiero wtedy doczytałyśmy informację, że wejście jest dla osób od piętnastego albo szesnastego roku życia, dokładnie już nie pamiętam, ważne, że Atena nie spełniała tego warunku. Zachciało mi się płakać. Pomyślałam, że na pewno nas nie wpuszczą, tyle kasy poszło w błoto! Atena zacisnęła zęby i powiedziała: A właśnie, że pójdziemy! A właśnie, że nas wpuszczą! Atena była o dwie głowy niższa od Savy, szczuplutka, drobniutka, nie wyglądała na szesnastolatkę. Ale co było robić? Wtedy po prostu cieszyłyśmy się, że udało nam się kupić bilety, resztą postanowiłyśmy się nie martwić. A bilety były przepiękne! Miały hologram i wizerunek olbrzymiego posągu Michaela. Okazało się, że na koncert wybiera się też jedna z koleżanek Ateny, więc zrobiło nam się raźniej, tylko koleżanka miała bilet w zupełnie innym sektorze, co mogło stanowić pewien problem. O tym, że ja, szesnastolatka, będę miała pod opieką dwie czternastolatki, będę odpowiedzialna za ich zdrowie, a nawet i życie, starałam się w ogóle nie myśleć.

LOTNISKO BEMOWO

michael3Koncert Michaela Jacksona miał się odbyć na płycie lotniska Bemowo. No tak, bo niby gdzie indziej? Na Stadionie Dziesięciolecia? Na Stadionie Legii? Żaden obiekt nie pomieściłby takiego tłumu, który miał brać udział w koncercie. Z Bemowem wiązały się dwie sprawy: nie było miejsc siedzących, więc wiedziałyśmy, że nogi, to nam chyba nie powiem gdzie wejdą, a po drugie – było cholernie, cholernie daleko. Na szczęście zorganizowali dojazd komunikacją miejską. Wyszykowałyśmy się na ten koncert, jak na Syberię: założyłyśmy grube swetry i kurtki, bo mimo że był dopiero wrzesień, to nie wiedziałyśmy, o której się skończy i ogólnie jakie będą warunki. Z centrum odjeżdżały specjalne autobusy z oznakowaniem: Lotnisko Bemowo – Koncert Michaela Jacksona, czy jakoś podobnie. Bardzo nam się to podobało! Było mnóstwo ludzi, młodych i starszych, wszyscy w zabawowych nastrojach, niektórzy już pewnie dobrze zaprawieni, ale ogólnie było spokojnie. Jak na grzeczne, niedoświadczone panienki przystało, skasowałyśmy bilety w autobusie. Każdy, kto skasował bilet, nazwany był frajerem, bo przecież kanarów i tak nie było. Autobusy szybko wypełniały się roześmianymi, tańczącymi fanami Michaela, niezależnie, czy byli to prawdziwi fani, czy stali się nimi w momencie kupowania biletu. Wkrótce stało się jasne, że będziemy jechać całą drogę na stojąco z nosami przyklejonymi do szyby. Ale i tak było fajnie. Gdy wypakowałyśmy się z autobusu już na Bemowie, zobaczyłyśmy dosłownie morze ludzi aż po horyzont. Nigdy w życiu nie widziałyśmy czegoś podobnego!

Scena była hen, hen daleko, musiałyśmy przejść spory kawałek, żeby się tam dostać. W relacjach telewizyjnych i radiowych podawana była informacja, że sektory istniały tylko na biletach, a tak naprawdę był taki chaos, że każdy stał tam, gdzie udało mu się dopchnąć. Tak może i było już po rozpoczęciu koncertu, bo przed nim sprawdzali bilety i kierowali do odpowiednich sektorów, przynajmniej nas to spotkało. Nikt faktycznie i na szczęście nie weryfikował naszego wieku (na koncercie były też dzieciaki znacznie młodsze od nas!), chociaż sprawdzano, czy nie wnoszone były aparaty fotograficzne i kamery, sprzęty były konfiskowane. Nie było wtedy telefonów komórkowych ani cyfrowych aparatów, w ogóle elektroniczne gadżety nadal były rzadkością, nie robiłyśmy więc zdjęć. Pamiętam, że w domu na pewno był jakiś aparat fotograficzny, ale nie odważyłybyśmy się zabrać go ze sobą. Podobno niektórzy nie odzyskali po koncercie zdeponowanych wcześniej sprzętów, ale być może to tylko medialna plotka. Szłyśmy tak i szłyśmy, i szczerze powiedziawszy, to zazdrościłyśmy same sobie! Mijałyśmy tłum ludzi i współczuwamy im, że muszą stać tak daleko, a nasze magiczne bilety otwierały kolejne bramki coraz bliżej i bliżej sceny. W pewnym momencie koleżanka Ateny nie została przepuszczonakoncert5 dalej, chociaż prosiłyśmy i tłumaczyłyśmy, że jesteśmy razem, a dziewczynki są pod moją opieką (próbowałam grać dorosłą opiekunkę). Ochroniarze czy tam bramkarze byli nieugięci, musiałyśmy się rozstać. Rozejrzałyśmy się szybko, żeby wyznaczyć jakiś punkt orientacyjny, koło którego miałyśmy się spotkać po koncercie. Jedyny taki stanowiły tojtoje, tam więc miał być punkt zborny. Pożegnałyśmy koleżankę i przecisnęłyśmy się dalej w kierunku sceny. Stałyśmy naprawdę blisko i byłyśmy zachwycone!

SCENA

Scena była nieprawdopodobnie wielka i robiła ogromne wrażenie. Zresztą wszystko robiło wrażenie na Polakach odzianych w ortalionowe dresy i wełniane opaski, to był zupełnie inny świat! Nasze telewizory z wypukłym kineskopem miały przeważnie 21″, więc nie muszę chyba mówić, jak reagowano na ogromne telebimy. Wiele osób miało czarne lub białe kapelusze, białe rękawiczki z cekinami, albo inne gadżety. koncert4Niektórzy od stóp do głów byli ubrani jak Michael, jeden chłopak miał np. czerwoną, skórzaną kurtkę i czerwone spodnie, miał nawet plastikowe zęby wilkołaka, więc wyglądał jak Jackson w teledysku Thriller. Ale to był odlot! Żałowałyśmy, że niczego takiego nie mamy przy sobie. Chociaż czy faktycznie chciałoby mi się przyszywać cekiny do białej rękawiczki? Nie sądzę. Ponoć na płycie byli sprzedawcy, u których można było kupić koszulki, plakaty, płyty, ale żadnego z nich nie spotkałyśmy. Były też różne transparenty z wyrazami miłości i uwielbienia dla Michaela.

Najpierw wystąpił support, czyli Formacja Nieżywych Schabuff i DJ Bobo. Przyznaję, że ich koncertów nie pamiętam w ogóle. Jakoś specjalnie za nimi nie przepadam (ani wtedy, ani teraz), raczej było mi obojętne, że są na scenie i coś tam brzdąkają, wtedy liczył się tylko król! A ten długo kazał na siebie czekać… Zniecierpliwiony tłum próbowano uspokajać muzyką puszczaną z głośników, reakcją były gwizdy, a nawet wyzwiska. Staliśmy ściśnięci i czuliśmy się jak sardynki w puszce, ale nikt nie narzekał, bo wszyscy mieliśmy nadzieję, że warto czekać. To, co zapadło mi w pamięć, to bliskość obcych ludzi, która w ogóle mi nie przeszkadzała, bo czułam z nimi jakąś dziwną więź. Prawie każdy stał w tej samej pozycji: lewą rękę miał spuszczoną, a prawą uniesioną najwyżej, jak tylko się dało. Oczywiście ręka mdlała, więc opierana była na ramieniu osoby stojącej z przodu. To było naturalne i nikt nie miał o to pretensji. Wydawało mi się to dziwne, a jednocześnie fascynujące. To było moje pierwsze tego typu doświadczenie, pewnie dlatego tak bardzo je przeżyłam i zapamiętałam do dziś.

KRÓL

Gdy Michael wreszcie wysiadł z rakiety i wyszedł na scenę, zaczęła się prawdziwa apokalipsa. Wcale się nie dziwię, że ochroniarze nie potrafili zapanować nad tłumem, a barierki, które rzekomo miały odgradzać poszczególne sektory, szybko zostały rozniesione w pył. Według doniesień, największy bałagan był tuż po rozpoczęciu koncertu. Ludzie nawet staranowali ogrodzenie i wtargnęli na płytę koncertową bez biletów. Mogło być ich nawet kilka tysięcy. Wśród nich był też przyszły mąż Ateny, ówcześnie szesnastoletni młokos. Wtedy jeszcze się nie znali, ale fajnie jest pomyśleć o tym, że byli razem w tej samej czasoprzestrzeni.

Pisk, wrzask, krzyk, płacz, spazmy – głównie to pamiętam z tego koncertu. Pod sceną tłum szalał i dość szybko były pierwsze ofiary w postaci omdleń i zasłabnięć. Co i rusz ktoś był przenoszony nad głowami skaczącego tłumu i dostarczany w ten sposób do sanitariuszy. Najbardziej bałam się, że nas stratują. Ja byłam wysoka, więc głowę miałam na wysokości głów większości osób, ale moja siostra była sporo niższa i myślałam, że ją tam zgniotą, a wtedy nie wiem, co powiedziałabym w domu. I wtedy młoda wrzasnęła: Będę rz***ać! Złapali ją w te pędy i wystawili za barierki, żeby zabrali ją do ambulatoriom. Zaczęłam się wydzierać, że to jest moja siostra, że muszę z nią iść, ale zanim zdołałam się przecisnąć, zostałam porwana przez tłum i tyle było z próby wydostania się. Myślałam, że się tam rozpłaczę. Miałam zajmować się dwiema młodszymi dziewczynkami, które na dobrą sprawę nie powinny nawet zostać wpuszczone na koncert, a nagle każda z nas znalazła się w innym miejscu pośród ponad stutysięcznego tłumu i zwątpiłam całkowicie w szansę znalezienia ich przed powrotem do domu. Wszystkiego mi się odechciało i miałam ochotę stamtąd wyjść. Ale nawet jakbym chciała, nie dałabym rady przeckoncert2isnąć się przez tłum rozhisteryzowanych fanów. Najbardziej utkwiła mi w pamięci dziewczyna na oko w moim wieku, która stała niedaleko i cały koncert dosłownie wyła. Zdarła sobie gardło, zapewniając Michaela o swojej dozgonnej miłości. Makijaż rozmazał jej się po całej twarzy i co chwilę wycierała nos rękawiczką z cekinami. Miałam jej tak serdecznie dość, że powoli, powoli przesuwałam się chociaż trochę dalej od niej.

KONCERT MICHAELA JACKSONA

Mimo że martwiłam się o dziewczynki, nie pozostawało mi nic innego, jak po prostu obejrzeć resztę widowiska. A trzeba przyznać, że to był show! Nawet dziś nie jestem w stanie obiektywnie ocenić, na jakim poziomie artystycznym to było, czy Jackson nie śpiewał z playbacku – nie wiem i, z ręką na sercu, nie obchodzi mnie to. Wolę pielęgnować wspomnienia o fajerwerkach, eksplozjach, migających światłach, basach rozsadzających bębenki. Michael przebierał się wielokrotnie, na telebimach puszczane były teledyski do jego piosenek, niektóre z nich widziałam wtedy po raz pierwszy. Gdy po jakimś czasie tłum nieco się zmęczył i uspokoił, zrobiło się całkiem przyjemnie. Byłam w grupie ludzi, którzy znali na pamięć wszystkie piosenki. Jeśli są tu jacyś młodsmichael1i czytelnicy, to spieszę Was uświadomić, że wtedy nie było to takie oczywiste. Nie mieliśmy całodobowego dostępu do Internetu, skąd można było ściągnąć tekst piosenki. Nie wszystkie kasety, a potem nawet i płyty, miały teksty, o pirackich wydaniach nawet nie wspomnę. Teksty drukowały czasopisma muzyczne i młodzieżowe, np. Bravo. Miszmasz nie do opisania! Tekst hitu jakiegoś boysbandu obok tekstu piosenki zespołu grającego ciężki metal. Znajomość angielskiego przeważnie była bierna (dziś moim zdaniem lepiej to nie wygląda, ale mam nadzieję, że się mylę), tekst piosenek znało się głównie ze słuchu. Niejednokrotnie młodzi ludzie spędzali długie godziny z uchem przy głośniku, próbując wsłuchać się w tekst. Często też sam tekst był zapisywany mniej więcej fonetycznie i to głównie przez tych, którzy nie znali angielskiego. Gdy po latach człowiek usłyszał jakiś stary przebój i dotarło do niego, jak faktycznie brzmią słowa danej piosenki, można było poturlać się ze śmiechu. Może nie znałam na pamięć wszystkich piosenek Michaela, ale przynajmniej angielski miałam na niezłym poziomie i byłam naprawdę zaskoczona, że tyle osób zna teksty w obcym języku, na dodatek całkiem przyzwoicie je śpiewa. Oczywiście pewnie nie wszyscy, mówię o ludziach, którzy stali blisko mnie.

A dziewczyny? Atenę zaprowadzili do ambulatorium, ale powiedziała, że już się dobrze czuje i czym prędzej czmychnęła. Stała pod samą sceną i nikt jej już nie tratował. Koleżanka też była niesiona przez tłum i świetnie się bawiła.

W pewnym momencie jedna z fanek wdarła się na scenę. Podniósł się wrzask: Ja też chcę, ja też chcę! Nie wiadomo było, czy to faktycznie fanka, czy może scena była wyreżyserowana. Jeszcze długo po koncercie często słyszałam, że na koncercie w każdym kraju ktoś z widowni przedziera się przez ochronę i dobiega do Michaela, poszła więc fama, że to zwykła ustawka (wtedy oczywiście nie mówiło się ustawka). Tak czy siak, wszyscy niesamowicie jej zazdrościli.

Bardzo zaskoczył mnie wygląd Michaela. Król był… całkiem ładny. Nie był wtedy jeszcze tak przeraźliwie chudy, a jego nos też wyglądał całkiem normalnie. Miał jasną karnację, owszem, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Włosy też wydawały się jakoś tak mniej przyklejone do głowy, niż później miało się wrażenie.

Michael był bardzo emocjonalny, wręcz pompatyczny. Chwilami było to na granicy kiczu i groteski, przyznaję. Nie byłam w stanie zliczyć, ile razy Jackson powiedział, że nas kocha. I to takim cienkim, piskliwym głosikiem, że chciało mi się śmiać. Patrzyłam z niedowierzaniem na zapłakane fanki króla, piszczące, wijące się w spazmach, łkające, podnoszące dłoń w białej rękawiczce, z nabożeństwem, niemal czcią. Wydawało mi się to przesadne, wręcz bałwochwalcze. Ale gdy na scenę wniesione zostały flagi – polska i amerykańska – nawet największym sceptykom dreszcz przebiegł po plecach. Dźwięki końcowego We are the World pamiętam do dziś.

POWRÓT

Wierne fanki żegnały króla kolejnymi potokami łez. Byłam bardzo zmęczona, ale adrenalina i obawa o dziewczynki robiły swoje. Próbowałam się przedostać w stronę, gdzie się wcześniej umówiłyśmy, czyli w okolice przenośnych toalet. Jakie było moje zdziwienie, gdy się okazało, że… nigdzie nie było nawet jednej toalety! Nie wiem, kiedy oni zdążyli je rozebrać! Tę sytuację wspominamy z moją siostrą do dziś, zaśmiewając się z genialnego pomysłu. Nie pozostało mi nic innego, jak po prostu iść za tłumem w stronę autobusów. I nagle stał się cud: odnalazłyśmy się z moją siostrą w tym tłumie! Koleżanki niestety nie udało nam się spotkać, ale cieszyłyśmy się, że przynajmniej my dwie wrócimy razem do domu i nie będziekoncert3my musiały się tłumaczyć. Opuszczający płytę lotniska tłum oświetlały ostre halogeny (czy jak to się tam wtedy nazywało). Nie wiedziałyśmy dokładnie, gdzie trzeba iść, szłyśmy po prostu razem z tłumem, co też było bardzo ekscytujące. Udało nam się wsiąść do jednego z autobusów, ale sam wyjazd był po prostu koszmarny. Gigantyczny korek powodował ślimacze tempo, kolumna pieszych poruszała się szybciej niż autobusy i samochody. Z podróży powrotnej zapamiętałyśmy też chłopaka, który stał, trzymając się za poręcz nad głową, chrapał tak głośno, że aż echo się roznosiło, a odsłonięta pacha wydzielała kwaśny odór. Ale tak w sumie wyglądał i zalatywał każdy fan powracający z kilkugodzinnego koncertu. Część drogi przejechałyśmy autobusem, część pokonałyśmy pieszo, ale w końcu szczęśliwie dotarłyśmy do domu. Pierwsze, co zrobiłyśmy, to zadzwoniłyśmy do zgubionej po drodze koleżanki. Szczęśliwie w obydwu domach były już wtedy telefony. Młoda też już dojechała i mogłam odetchnąć z ulgą, bo gdyby coś się stało, miałabym ją na sumieniu do końca życia.

Z całej klasy tylko ja widziałam koncert Michaela Jacksona. Koledzy niby to olewali, niby się naśmiewali, a jednak byli ciekawi. Mimo że mieszkaliśmy w dużym mieście, to nie przypominam sobie, żebyśmy mieli wtedy nie wiem jakie atrakcje, więc ten koncert naprawdę był ewenementem, który interesował każdego. Na jednej z lekcji nauczycielka znana z ogólnej nietolerancji do wszystkiego, co było nie po jej myśli, zapytała, czy ktoś był na koncercie białej małpy i od razu uprzedziła, że ten ktoś będzie miał za to obniżone sprawowanie. Była właściwie pewna, że na koncert wybrał się taki jeden kolega, który nosił długie włosy, parkę i ciężkie buty, ale chyba pomyliły jej się gatunki muzyczne, bo na koncert Jacksona ów kolega nie chciałby nawet splunąć. Bardzo nie spodobało mi się to, że nauczycielka nazwała jakiegoś człowieka małpą, niezależnie od użytego koloru. Słowo biały w tym kontekście miało wyrażać jeszcze większą pogardę i obrazę niż wyrażałoby to słowo czarny. Nauczycielka nie spodziewała się chyba, że rękę podniesie niepozorna uczennica z przedostatniej ławki, bo aż japę otworzyła ze zdziwienia. Pani profesor, jeżeli ma pani na myśli koncert Michaela Jacksona, to owszem, byłam. Ale na scenie występował człowiek, a nie żadna małpa. Na świadectwie w rubryce zachowanie wpisane miałam: wzorowe.

Marcin Święcicki, ówczesny prezydent Warszawy, który spotkał się z Michaelem w Hotelu Marriott, mówił potem w wywiadzie, że piosenkarz zapewniał go, że spośród wszystkich miast odwiedzanych podczas światowego tournee, to właśnie Warszawa przyjęła go najcieplej. Pewnie mówił tak każdemu prezydentowi i burmistrzowi, z którym się spotkał, ale nie myślmy o tym, udawajmy, że tak nie było. Organizatorzy i firmy ochroniarskie z całą pewnością nie były przygotowane, żeby udźwignąć ciężar poprowadzenia tak dużego, bezprmichael2ecedensowego eventu. Być może pod sceną był ścisk, ale gdy teraz o tym myślę, to cieszę się, że byłyśmy właśnie tam, bo wolę nie myśleć o tym, co działo się z tyłu. Po koncercie były doniesienia, że niektórzy mieli tak dość naporu tłumu, że ewakuowali się z koncertu na długo przed końcem. Głośno było też o ochroniarzach, którzy zaatakowali policjanta.

A czy ogólnie warto było tam pójść? Oczywiście, że było warto. Na koncercie byli nie tylko wierni fani Michaela, niektórzy przyszli po prostu z ciekawości, jeszcze inni gdzieś instynktownie pewnie czuli, że tam po prostu trzeba być, bo ten koncert będzie się wspominać jeszcze długo. I faktycznie tak właśnie jest. Nie mamy zdjęć, nie mamy nagrań, ale wspomnień nikt mnie ani mojej siostrze nie odbierze. Lubimy sobie czasem powspominać, jak było na tym koncercie, a także jak było przed i po, bo wtedy emocje też były ogromne. Takich nastolatek jak my były tam tysiące, jednak lubię myśleć, że byłyśmy wyjątkowe, bo znalazłyśmy się w tym tłumie. Być może było to AŻ 100-120 tysięcy, ale jednocześnie TYLKO tyle, bo chętnych na pewno było o wiele więcej, a my miałyśmy farta się tam znaleźć i mieć Michaela na wyciągniecie ręki. Wcale nie chodziło o to, żeby być jego fanem, ja przecież nim nie byłam, chodziło o emocje i bycie świadkiem czegoś nowego, zupełnie nieznanego, wręcz egzotycznego. Warto było tym bardziej, że trasa koncertowa This Is It już się nie odbyła. A Michael? Wspomnienie, po prostu już tylko wspomnienie. Każdy ma prawo do jednego wyskoku w młodości, nawet tak lamerskiego jak koncert Jacksona. Jako lamer nie mogłam wymyślić nic bardziej lamerskiego.

Wtedy może i znałam słowa jego piosenek, ale dopiero po latach zrozumiałam, co one naprawdę znaczyły. HIStory – jego historia. Michael wyśpiewywał nam swoją historię, historię życia zdominowanego przez ojca i show-biznes. To była smutna historia, przykryta płaszczem z reflektorów, fajerwerków, maskotek, kwiatów, kolorowych strojów scenicznych.

Bardzo jestem ciekawa, czy ktoś z Was był na tym koncercie i jakie ma wspomnienia.


Skriny pochodzą z materiałów prasowych znalezionych w sieci.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on TumblrPin on PinterestEmail this to someonePrint this page

10 Responses

  1. Marcin K

    Nigdy mnie nie interesowałą muzyka MJ i – mimo iż mieszkałem niedaleko – nie miałem ochoty iść i oglądać. Tak samo w życiu nie pójdę na koncert Madonny, tylko po to żeby oglądać „widowisko”. Oczywiście, dwadzieścia lat temu tego typu koncerty były rzadkością i stanowiły swego rodzaju sensację. Teraz już coraz mniejszą, chyba że mamy do czynienia z przedsiębiorstwami typu U2. Jednak od koncertów stadionowych wolę „kameralne” koncerty w halach i klubach na parę tysięcy osób.

    • Vars i Sava

      No popatrz, to ja mam dokładnie odwrotnie :) ale każdy wybiera, co lubi. Zdarza się, że coś mnie zupełnie nie interesuje, ale z czystej ciekawości coś jednak pcha mnie do tego, żeby to zobaczyć. Tylko moje wrodzone sknerstwo powstrzymało mnie od kupna biletów na Madonnę albo Beyonce, mimo że żadnej z nich nie nazwałabym piosenkarkami (i raczej żadna siła nie zmusi mnie do zmiany zdania), to SHOW w ich wykonaniu chętnie bym zobaczyła, właśnie tylko dlatego, że jest to show. Ot, tyle. Ale wydać kilkaset złotych na bilet? Wszystko, co nie jest książką, ma u mnie marne szanse, łącznie z butami i kosmetykami.

      Jeśli chodzi o U2, to z kolei byłam jedną z nielicznych osób w klasie, która nie była na tym koncercie. Z bardzo praktycznego powodu: do dziś na palcach może u jednej ręki jestem w stanie podać tytuły ich piosenek, więc uznałam, że jeden koncert na zasadzie, żeby sprawdzić, jak to jest, mam już za sobą i nie chcę tego powtarzać. Chyba jedynym artystą, na którego nie żałowałabym pieniędzy, jest Phil Collins. Nie byliśmy nawet na Roxette, mimo że całe życie myślałam, że nie przepuszczę ich halowego koncertu, ale były pilniejsze wydatki. Koncert sylwestrowy w ich wykonaniu był żałosny, bardzo się wtedy zawiodłam, to było zdeptanie wspomnień z młodości, może właśnie dlatego nie rwałam się do kupienia biletu.

      Mam też pewną fobię, od której nie umiem uciec: bardzo nie lubię, gdy na koncercie piosenkarz śpiewa w inny sposób niż w oryginale. Wiem, ze ludzie właśnie po to chodzą na koncerty, żeby była interakcja, lubią, jak ktoś do nich mówi ze sceny, przerywa piosenkę, żeby skierować mikrofon w stronę publiczności – ja niestety tego nie znoszę. Z tego właśnie powodu nigdy nie kupuję płyt typu LIVE i z tego właśnie powodu zdarzyło mi się nawet wyjść z koncertu. Chadzanie na koncerty i delektowanie się nimi zostawiam prawdziwym melomanom i wiernym fanom. Nie ma co ukrywać, ja się do tego po prostu nie nadaję. A Michael? Wspomnienie, po prostu już tylko wspomnienie. Każdy ma prawo do jednego wyskoku w młodości, nawet tak lamerskiego jak koncert Jacksona. Jako lamer nie mogłam wymyślić nic bardziej lamerskiego :) I zaraz to dopiszę do tekstu.

      Jak zaproponowałeś temat 20 lat temu, to pomyślałam, że można byłoby zrobić 30 lat temu i porównać 1985 i 2015 rok, wszak dziś nadszedł ów wyczekiwany dzień, w którym Marty McFly wylądował w przyszłości :) Ale zaraz by było marudzenie, że znów PRL itd.

  2. lavinka

    Z jego twórczości zawsze podobał mi się album Bad, i to też nie w całości. Reszta mnie średnio kręciła i nawet nie wiem, co nagrywał i kiedy. A pardon, kiedyś nagrał singiel z młodszą siostrą, teledysk w statku kosmicznym, nie pamiętam tytułu. Wyjątek od reguły. Z pewnością jego teledyski były filmowymi majstersztykami. Z czasem wszyscy zaczęli go naśladować i każdy teledysk był sam w sobie ciekawą opowieścią. Ale to się skończyło, dziś teledysk to już wyłącznie autopromocja wokalisty, szkoda czasu na oglądanie. Do tej pory czasem posłucham kilku kawałków, ale tak na serio, to w tamtych czasach wolałam Depeszów… a potem bardzo szybko przeskoczyłam na techno. Wiem, totalnie bez sensu, ale kręciło mnie The Prodigy i inne potworności. Jestem dziwna, co kilka lat zmienia mi się gust muzyczny. Parę lat temu słuchałam tylko muzyki z Hiszpanii i Ameryki Południowej. A teraz skręciłam w kierunku co nowszych filmów z Bollywood (filmy są straszne, ale sieć pełna jest muzyki i ta jakoś mi gra w głowie). Strach się bać, co będzie za parę lat. ;)

    • Vars i Sava

      Szczerze powiedziawszy nie jestem w stanie stwierdzić, która piosenka jest na której płycie… Singiel z Janet pamiętam, strasznie tam krzyczeli, więc to się nazywało Scream ;) Michael miał tam już dziwny nos. Racja z tymi klipami, każda sekunda perfekcyjna.
      Ech, wiem, dziwna jestem, ale nigdy nie słuchałam Depeche Mode, chyba nie znam nawet jednej piosenki z tytułu… The Prodigy słuchało pół klasy, pamiętam. Ale za to nigdy nie słuchałam disco polo, też dziwne :>

Zostaw Komentarz