Kroniki Prusa: Karnawał warszawski w 1881 r.

wpis w: Kroniki, SEZON 3 | 1

Czy słowo kronika kojarzy Wam się tylko z Gallem Anonimem, a nazwisko Prus – z kilkutomową powieścią, którą torturowali Was w liceum? Nudy na pudy? Postaramy się odczarować ten stereotyp i pokazać Wam, że w towarzystwie kronikarzy nie można się nudzić.

Prus i Słonimski – dwie osobowości, dwie epoki, dwa pokolenia, dwa pióra. Znali się przelotnie, Prus bywał w domu Słonimskiego seniora, jednak połączyło ich uczucie, jakie obaj żywili w stosunku do Warszawy, a młodszy stał się w jakimś sensie następcą starszego. Tydzień w tydzień bystrym okiem i krytycznym piórem opisywali codzienność stolicy, prezentując ją w nieco krzywym zwierciadle, analizując absurd, komizm i głupotę. Ukazywali dzięki temu istnienie problemu społecznego i konieczność walki z nim. Dzięki ich felietonom czytelnik XXI wieku może poznawać warszawską rzeczywistość przełomu wieków XIX i XX.

Zaczynamy od wydarzeń ze stycznia 1881 roku, zobaczmy, jak Warszawa bawiła się w karnawale 135 lat temu, opisanym przez Bolesława Prusa.

poznajemy warszawe poprzez kroniki prusa i slonimskiego

KRONIKI PRUSA

Kronika tygodniowa – Kurier Warszawski nr 23, 29 stycznia 1881 r.

Urzędowe wrota świątyni tańców otworzyła Resursa Obywatelska balem, o którym pewien „uczestnik” zdał sprawę w „Kurierze Porannym” – „pragnąc podzielić się wrażeniami, jakie taż zabawa na nim uczyniła”.

„Bawiono się – mówi uczestnik – ochoczo… a damy nasze stanowiły uroczy wianek, tak wdzięcznie się przedstawiały, że oko i serce prawdziwie się radowały, ubrania ich nie przekraczały warunków obecnie przyjętej zasady skromności, ale za to ileż gustu, co pomysłów szczęśliwych w udrapowaniu i ułożeniu każdej części ubrania tak, że się zapominało itd.”

Nie dziwimy się, że na sprawozdawcy „taż zabawa uczyniła wrażenie”. I zwykłym śmiertelnikom „wdzięcznie się przedstawia” – „uroczy wianek dam”. O ileż więc potężniej „radowało się oko i serce” jasnowidzącego „uczestnika”, który miał możność obserwować „udrapowanie i ułożenie każdej części ubrania tak… że się zapomniał”. „Pomimo – konkluduje autor – że w ubraniach całych nie było wielkiego bogactwa, dawniej do przesady używanego, zabawa zakończyła się o piątej rano, z życzeniem ogólnym, ażeby jak najprędzej drugą podobną komitet Resursy urządzić raczył.”

Jakkolwiek trudno dopatrzyć się związku między bogactwami „w ubraniach całych” a „godziną piątą z rana” – „pomimo” to solidaryzujemy się z życzeniem, ażeby: komitet Resursy „jak najprędzej drugą podobną zabawę urządzić raczył” – dodając od siebie, ażeby po raz drugi mianował tego samego sprawozdawcę. Jeżeli bowiem uczestnik posiada styl niezbyt szczęśliwy, to jednak ma „oko i serce”, które pozwalają mu widzieć i radować się nawet – „udrapowaniem i ułożeniem każdej części ubrania”.

Dalej zaś – co dla nas, nieuczestników, stanowi największą zaletę – ze swych spostrzeżeń nie robi tajemnicy. Bez względu na świetny początek obawiam się, czy Warszawa w tym karnawale zaspokoi taneczne popędy. Nie tyle z braku chęci albo „dzielnych tancerzy” i „uroczych tancerek”, albo „salonów odznaczających się staropolską gościnnością”, ile z powodu – przepisów policyjnych. Pomiędzy miastem i p. oberpolicmajstrem istnieją zbyt dobre stosunki, ażebyśmy w podobnym ogłoszeniu upatrywali szykanę. Ale głowom rodzin już i tak przed każdym balem przybywa kilka siwych włosów na myśl: o muzyce, kolacji, sukniach, służbie… Kto wie zatem, czy warunek meldowania zabawy nie będzie w wielu wypadkach gwichtem, który szalę rozwagi mężowskiej i ojcowskiej przechyli w stronę: dajcie mi tam spokój z tańcami!

Skutki łatwo przewidzieć.

Sfery stosunków między młodzieżą płci obojej uszczuplą się bardziej niż dotychczas, związki małżeńskie staną się rzadsze, a wraz z nimi – osłabnie wzrost ludności, stanowiącej, jak wiadomo, bogactwo narodów i państw, osobliwie w epoce obdłużenia. Nie wątpimy, że szanowny naczelnik warszawskiej policji podpisując jedną ręką artykuł, drugą nie zaniedba przedstawić władzy uciążliwości stąd płynących. Tym bardziej, że kłopot jest obustronny: zarówno dla ogółu, jak i dla policji. Ponieważ każda rzecz ma dwie strony, więc wyliczywszy niedogodności meldowania zebrań, zobaczmy: co się trafia w zebraniach niemeldowanych.

Oto – w szynku na Nowej Pradze schodzi się na „kolację i naradę” towarzystwo „Niemców”, do których należą: Darier, Bernard, Van–Bevener i niejaki Zygmuntczyk. Obok nich zbiera, się „na kolację” towarzystwo Polaków, a między innymi: August Hahn i Nikifor Czernyszew. Obie grupy zaczynają „naradzać się” w sposób bardzo ożywiony, po czym następuje „bal”. Polacy chwytają za butelki, nogi od stołów i krzeseł, „Niemcy” za rewolwery; zaczyna się bój ręczny, wspiera go rotowy ogień; Polak August Hahn dostaje kulą w piersi, Polak Nikifor Czernyszew w jakąś inną część ciała, a „Niemcom” giną – portmonety i zegarki. Na drugi dzień pisma płaczą nad „butą niemiecką” i nad tym, że cudzoziemcy uciekli się do „broni palnej”, do „strzelania z rewolwerów”, gdy tymczasem „żaden z robotników polskich nie tylko nie strzelał, ale żadnego narzędzia ostrego, jak: noża(!), siekiery (!!) itp., nie użył”.

Jak trudno pisać historię, nawet wypadków wczorajszych, dowodzą fakta:

1° „Butni Niemcy”, którzy „uciekli się do broni palnej”, już po upływie dwudziestu czterech godzin zostali przemianowani na Belgijczyków, których chyba nikt nie posądza o „nienawiść mienną”.

2° Nazwiska osób przyjmujących pośredni lub bezpośredni udział w skandalu są do dziś dnia nie zdecydowane. Właścicielkę szynku – jeden ze współczesnych historyków nazywa Biflową, drugi – Rifflową, a trzeci – Pifelową. Belgijczyk, chwilowo pełniący obowiązki Niemca, wedle jednych badaczy zwie się Darier, wedle drugich – Davir. Istnieje też wątpliwość co do Polaków: Świderskiego czy Świdrowskiego, i Nienałtowskiego czy Nienałkowskieg o, że pominę Czernyszewa, którego niektórzy zwą: Czerwyszewem.

3° Prawdziwy chaos panuje w objaśnieniu przyczyn awantury… Jedni mówią, że walczyli „robotnicy Polacy” z „robotnikami belgijskimi” z powodu wydalenia z fabryki niejakiego Szewczykowskiego, który – „wśród nich siedział smutny, chwilami tylko wybuchający jakąś nienaturalną wesołością”. Drudzy twierdzą że: „zaczepka nie miała innego celu, jak sprowadzenie zamieszania, które jest najlepszą sposobnością do kradzieży i rabunku”.

Naszym zdaniem, nie godzi się bez dowodów awansować ludzi ani na „męczenników”, ani na „złodziei i rabusiów”. Była to szynkowniana bitwa, i nic więcej. „Rozjuszeni” – jak mówi jedno z pism – „Belgijczycy” musieli naprawdę być w diabelnym strachu, skoro strzelali bez ładu i pamięci, raniąc przy tym – ludzi całkiem niewinnych. Gorzka nauka, ażeby w tumulcie nie używać broni palnej! W nieszczęśliwych zaś Polakach, widocznie pod wpływem woni prochu, zagrała krew – bo zamiast uciekać jak spokojni obywatele, oni szli na strzały jak do kufla. Już nasi „rodacy” chyba na wiek wieków pozostaną, czym byli.

Do abecadła nie napędzisz, do awantury – jedyni.

przypisy

Bolesław Prus Kronika tygodniowaKurier Warszawski nr 23 [domena publiczna]

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on TumblrPin on PinterestEmail this to someonePrint this page

Jedna odpowiedz

  1. […] cyklu POZNAJEMY WARSZAWĘ POPRZEZ KRONIKI po Kronikach Prusa czas teraz na Kroniki Słonimskiego. Cytowany fragment pochodzi z tomu Kronik tygodniowych z okresu […]

Zostaw Komentarz