Kroniki Słonimskiego: Urodzaj na ordery

wpis w: Kroniki, SEZON 3 | 2

W cyklu POZNAJEMY WARSZAWĘ POPRZEZ KRONIKI po Kronikach Prusa czas teraz na Kroniki Słonimskiego. Cytowany fragment pochodzi z tomu Kronik tygodniowych z okresu 1927-1931, felieton wydany został 22 grudnia 1929 roku (Nr 51). Antoni Słonimski opowiada w nim o pewnej modzie, która nawiedziła również Warszawę.

 Kroniki Słonimskiego Urodzaj na Ordery

 
KRONIKI SŁONIMSKIEGO URODZAJ NA ORDERY, 22.12.1929 r.

Byłem niedawno na bardzo wytwornym przyjęciu i nie bez zdziwienia stwierdziłem wielki urodzaj na ordery. Różnym znajomym wyrosły z lewego boku jakieś gwiazdy, innym na szyjach dyndają masywne czy masońskie komandorie. Dziwne są zwłaszcza ordery państw obcych, i jeszcze dziwniej­sze, że dostają je ludzie, którzy nic dobrego tym państwom nie uczynili. Ra­czej przeciwnie. Attaché militaire w zamian za zajmowanie się wywiadem w kraju ościennym otrzymuje od tego państwa order „wdzięczności”. Na wojnie za to rozstrzeliwują. Ordery noszą też i literaci. Ostatecznie nic dziw­nego, że Boy Żeleński za zasługi genialnego tłumacza dostał od Francji ładną czerwoną rozetkę. Mogliby się wykosztować na coś praktyczniejszego, ale darowanemu orderowi nie zagląda się w zęby. Boy może, jeżeli chce, uważać taki guziczek za dowód przyjaźni i wdzięczności. Ale jaką przyjemność sprawia Kornelowi Makuszyńskiemu noszenie na szyi orderu rumuńskiego? Jakie węzły twórczości łączą go z Rumunią? Dlaczego Makuszyński ma tytuł komandora? Czy za to, że nie pisał wierszy o Rumunii i że nie jada kukury­dzy? Sądzę, że ostatecznie order może być taką samą pamiątką jak znaczek narciarski lub pocztówka z widoczkiem (na awans), ale dziwne muszą mieć uczucia ludzie, którzy nart albo Rumunii nie znają nawet z widzenia, ale szczycą się pamiątką nie wiadomo po czym i nagrodą nie wiadomo za co. Dawanie literatom orderów – to bardzo dziecinna i naiwna zabawa, i ludzie poważni patrzą na te figle z uśmiechem. Jeżeli ma to być miarą wartości czy znaczenia, najświetniejsi w narodzie będą zawsze ci, którzy bardzo chcą mieć tzw. ozdóbki. Niech się tam bawią. Pies z nimi tańcował. Mnie osobiście te sprawy są tak dalece obojętne, że nie umiałem wykrzesać z siebie oburzenia na wieść o tym, że dostał order grafoman Kazimierz Wroczyński, a nie poeta Kazimierz Wierzyński. Przecież już by się zdawało, że jak dają na „W” i że jak mają dawać Kazimierzom, to Wierzyński jest mur.

Ostatecznie jest to mniej, niż gdyby komu stawka wyszła na loterii, ale nawet tak łagodny obłęd jak mania orderów i świecidełek może mieć głupie i nieprzyjemne skutki. Chodzi tu o poetę Juliana Ejsmonda. Otóż znany ten pisarz wydrukował niedawno dowcipny i rozsądny felieton pt. Dekorowane bydlę. Opowiada tam o odznaczaniu koni, psów i gołębi w czasie wojny i przypomina historię udekorowania pewnego bydlęcia – krowy, która zare­kwirowana przez Niemców, pobodła „zwycięsko” prowadzącego ją żołnie­rza. Zastanawia się autor za publicystą z „L’Humanité”, gdzie przywieszono krowie order i gdzie ją pocałowano, co jest przepisową koniecznością przy wręczaniu odznaczeń. Ejsmond opowiada jeszcze historię o Kuprinie. którą przyłączam w całości: „Gdy car wydał swego czasu pierwsze przyjęcie dla pisarzy rosyjskich, zjawił się na nim również i Kuprin, który wyszedł niemal prosto z więzienia, cały obwieszony najwyższymi orderami w pań­stwie. Gdy go zapytano dyskretnie, za co tak wysokie odznaczenia otrzymał, odpowiedział bez wahania: »Otrzymałem? Ależ nic podobnego. Kupiłem: Oczywiście kupiłem!« »Jak to? Pan kupił nie mając do tego żadnego upoważnienia?« Pisarz rosyjski wyjął w odpowiedzi z kieszeni zaproszenie na raut, na którym widniały wyraźne słowa: »Strój wieczorowy z orderami«. »Jak to – dodał – czyż wola Najmiłościwszego Pana, który mi każe, abym przyszedł z orderami, nie miała być dla mnie wystarczającym rozkazem? Kupiłem, od razu kupiłem! Jestem zawsze lojalny. Zawsze będę kupował. To nawet nie takie drogie«„.

Otóż felieton Ejsmonda wywołał reakcję całkiem niespodziewaną. Za re­akcję normalną uważałbym uśmiech, z jakim każdy nawet względnie inteli­gentny człowiek przeczyta podobny felieton. Reakcją anormalną nazwę dy­misję, którą Ejsmond otrzymał od p. ministra Niezabytowskiego”. Ejsmond był radcą Ministerstwa Rolnictwa. Pracował jako urzędnik już kilkanaście lat. Po ukazaniu się felietonu Dekorowane bydlę urzędowo zawiadomiono Ejsmonda, że zostaje usunięty z ministerstwa. Jest to reakcja anormalna. Tak dalece anormalna, że aż granicząca z obłędem. Trzeba przeczytać ten artykuł w całości, aby zorientować się, jak niewinnym i pogodnym żartem są te „re­fleksje orderowe”. Artykuł nie został skonfiskowany. Sprawy nie wytoczono ani redaktorowi pisma, ani autorowi, więc nie ma mowy o żadnym przestęp­stwie w znaczeniu prawnym. Wzorowego urzędnika wyrzuca się za to, że jest poetą i felietonistą.

A może to i słusznie? Ostatecznie albo się jest satyrykiem, albo urzędni­kiem. Zajęcia te często ze sobą kolidują. Satyry Ejsmonda zyskają może teraz na ostrożności i chociaż pogorszy się w Polsce ochrona zwierząt, częstsze się staną napaści na ludzi.

Tak się już układa historia, że ludzie odważni niechętnie są nagradzani i dekorowani. Oczywiście, nie myślę tu o wojsku, lecz o pisarzach i arty­stach. Prawdziwa twórczość ma zawsze w sobie element odwagi. (…)[1]

 

 

palac namiestnikowski 1823 przypisy

[1] Antoni Słonimski Kroniki tygodniowe 1927-1931, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2003, ss. 174-175.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on TumblrPin on PinterestEmail this to someonePrint this page

2 Odpowiedzi

  1. Hahaha. Myślę, że gdyby ów artykuł przedrukować we współczesnym czasopiśmie nikt by się nawet nie zorientował, że to historia. Ewentualnie nazwiska podmienić na współczesne, bo wiadomo. Ale reszta potwierdza, że historia kołem się toczy :)

Zostaw Komentarz