GTWb – ZAKOCHANA WARSZAWA – STO LAT TEMU…

wpis w: GTWb, SEZON 2, Stara Warszawa | 11

Temat akcji Grupy Trzymającej Warszawskie blogi brzmiał Sto lat temu. Pierwsze, co przychodzi na myśl, to: wojna. To niestety były czasy wojny, Wielkiej Wojny. Ale to były również czasy długich sukien, pięknych kapeluszy oraz obowiązkowych w Belle Époque gorsetów, które wyginały kręgosłupy w literę „S”, nadając sylwetce pożądany wówczas kształt, czyli szerokie ramiona i biodra oraz szczupłą talię. W innych dziedzinach następowały duże zmiany, ale na początku XX wieku trendy modowe nadal wzorowały się na dziewiętnastowiecznych. Jak dla mnie to był i nadal jest wzór niedościgniony, może poza gorsetem ściskającym organy wewnętrzne… Ale coś za coś.

Sądzę, że urodziłam się nie w tej epoce, co powinnam, dlatego też – skoro nadarzyła się tak fantastyczna okazja – postanowiłam spełnić moje marzenie i przenieść się do czasów dorożek, cylindrów i perfumowania wąsików. Zapraszamy  do przejrzenia małej galerii z naszej podróży w czasie, podczas której zrobiliśmy skok do 1915 r.

STO LAT TEMU

Postanowiliśmy wcielić się w postaci z pięknych zdjęć sprzed wieku, które dziś podziwiać możemy w albumach, książkach i zasobach internetowych – wszystkie zdjęcia zostały użyczone i przerobione na potrzeby niniejszego wpisu, nie mają na celu obrażania niczyich uczuć, wręcz przeciwnie – symbolizują naszą sympatię i szacunek dla ówcześnie żyjących osób, zmagających się z trudami wojny. Wybraliśmy zdjęcia, które z naszego punktu widzenia oddają charakter epoki, do której tęsknię mimo tego, że fizycznie jej nie poznałam, jednak duchem przenoszę się tam przy każdej możliwej okazji, czytając książkę, oglądając film kostiumowy, przeglądając album ze starymi zdjęciami…

Każde ze zdjęć ma obok miniaturkę oryginału, na którym się wzorowaliśmy. Postaci, w które doposażaliśmy zdjęcia, ubrane są w stroje z epoki, jednak zamysłem naszym było, że twarze pozostaną „nasze”, czyli graficzne i kreskówkowe, powstał więc swego rodzaju kolaż oddany w sepii. Nie mamy też na celu przytaczać historycznych faktów i historii danych miejsc, przedstawiamy Wam fabularyzowaną wersję Varsa i Savy o braterskiej i romantycznej miłości sprzed wieku. Może nie wszystko tu jest prawdziwe, być może nie wszystkie pomysły zgadzają się z historycznymi faktami, jednak przyjmijmy, że wszystko to mogło mieć miejsce równo…

sto lat temu

1915

1_slub_napis1_slub

Powyższe zdjęcie przedstawia młodą parę, co prawda amerykańską, a nie warszawską, jednak tak bardzo urzekła nas prostota zdjęcia, że postanowiliśmy wcielić się w te postaci. Zdjęcie jest propozycją wystroju wnętrza dla osób, które cenią wartości rodzinne i lubią obserwować, jak zmienia się świat, moda, trendy. A może to jednak kanadyjska młoda para z Wyspy Księcia Edwarda? Czyż to nie Ania i Gilbert w dniu ślubu? W piękne, czerwcowe popołudnie jadą Aleją Zakochanych w kierunku Zielonego Wzgórza, mijając po drodze Jezioro Lśniących Wód i Zacisze Słowika. Panna młoda wybrała skromną, ale jakże uroczą suknię ślubną oraz prosty, jasny kapelusz. Małgorzata Linde mówi, że jest za mało strojny, jednak Ania od zawsze o takim marzyła. Gdyby tylko Mateusz doczekał tego dnia, z pewnością założyłby Ani na szyję sznur pereł ofiarowanych jej z okazji recytatorskiego wystąpienia. Pan młody ma w butonierce świeże kwiaty, chociaż Maryla uprzedzała, że przy czerwcowym upale z pewnością zwiędną, zanim Ania i Gilbert dojadą na przyjęcie weselne. Jednak oni zupełnie się tym nie przejmują. Są młodzi, piękni, zakochani i wierzą, że Wielka Wojna ominie ich małe Avonlea.

Oryginalne zdjęcie można zobaczyć TUTAJ, powiększone zdjęcia TUTAJ, większa grafika TUTAJ.

2_piwna napis

2_piwna

Franek i Mania musieli sobie radzić, nie było innego wyjścia. Matka zmarła, ojciec poszedł w cug, zostali więc sami i mieli tylko siebie. Franek był typowym, warszawskim cwaniaczkiem, pomysłowy i zręczny, szybko zyskał miano pomagiera w czasie akcji doliniarzy.[1] Mania biegała po Starym Mieście, sprzedając panieńską skórkę,[2] która w owym czasie wyszła zza aptecznych kontuarów i stała się słodkim smakołykiem, uwielbianym zwłaszcza wśród dzieciarni. Franek dbał o to, żeby Mańka zjadła codziennie ciepły posiłek, ona natomiast pilnowała, żeby brat miał zawsze czyste uszy i paznokcie – świętej pamięci mama powtarzała, że prawdziwy warszawiak nie paraduje z węglem za paznokciami ani z miodem w uszach. Franek musiał się zresztą dobrze prezentować, bo po godzinach dorabiał jako pucybut, dostarczał też szewcowi z Piwnej oprawione skóry.

Ulica Piwna, foto: Stanisław Nofok-Sowiński, 1915 rok, zdjęcie pochodzi z albumu „Warszawa w starej fotografii”. TUTAJ powiększony oryginał, a TUTAJ grafika z Frankiem i Mańką.

[1] doliniarze – kieszonkowcy, zwani tak od gwarowego określenia kieszeni, czyli „doliny”.

[2] pańska skórka – biało-różowy przysmak domowej roboty, sprzedawany głównie na terenie Warszawy, zwłaszcza na cmentarzach w okolicach 1 listopada. Obecnie dostępna również na Starówce, a także podczas jarmarków i festynów. Na początku XX wieku pańską skórkę nazywano panieńską, być może ze względu na gładką konsystencję przypominającą cerę młodej panny.

3_uchodzcy napis

3_uchodzcy

Według ŻRÓDŁA zdjęcie pochodzi z sierpnia 1915 r. i przedstawia uchodźców powracających do warszawskich mieszkań po przejęciu miasta przez wojska niemieckie. Wcielamy się tutaj w Ignacego i Melanię (ukłon w stronę Borejków), którzy wracają do domu po długiej nieobecności. Na wozie zmieściło się to, co ocalało z ich i tak skromnego dobytku. Ignaś i Mila mają przykazane przez rodziców, aby pilnować wszystkiego jak oka w głowie. Powrót okazał się trudniejszy niż przypuszczali – zarówno ich dom, jak i sąsiednie zabudowania, bardzo ucierpiały podczas ostrzałów. Pierwszą noc spędzili w jednym pomieszczeniu, ściśnięci na materacu porozcinanym w czasie przeszukiwań. Jednak dla nich ta noc była jedną ze szczęśliwszych, spędzili ją bowiem wszyscy razem pod dachem rodzinnego domu, póki co cali i zdrowi. Później los nie był dla nich aż tak łaskawy…

Powiększone zdjęcie TUTAJ, większa grafika TUTAJ.

4_lew napis

4_lew

Hieronim smalił cholewki do Adrianny już od zeszłej jesieni. Piękna panna Ada była mu przychylna, młody student cieszył się również sympatią jej matki i wujenki, lecz w oczach ojca uchodził nadal za chłystka szukającego sposobu na dobry ożenek. Hieronim nigdy nie usłyszał tego wprost, ale za każdym razem, gdy przekraczał próg domu rodzinnego Adrianny – gdzie zapraszany był przez matkę dziewczyny na niedzielny obiad – spodziewał się, według staropolskich zwyczajów, ujrzeć przy swoim nakryciu talerz czarnej polewki. Nie szczędził więc grosza na bukiety kwiatów dla wszystkich pań, zaś ojcu od czasu do czasu przynosił za pazuchą coś mocniejszego. Piękne, słoneczne popołudnie spędzili młodzi w parku, gdzie przy pomniku z lwem Hieronim szeptał czułe słówka do uszka zawstydzonej, lecz jakże łasej na komplementy panny Ady. Wielka Wojna nie zważała jednak na tego typu konwenanse, rozdzieliła zakochanych na kilka lat. Hieronim wyruszył na front, Adrianna została wolontariuszką w szpitalu i każdego dnia omiatała czujnym spojrzeniem sale, wypatrując wśród rannych swojego żołnierza.

Zdjęcie pochodzi z „Albumu starej Warszawy i jej okolic”. Powiększone zdjęcie zobaczycie TUTAJ, naszą grafikę TUTAJ.

5_wymarsz napis

5_wymarsz

10 sierpnia, z pamiętnika Marii Lubomirskiej: „Przez Krakowskie Przedmieście sunie wojsko nieprzerwaną falą – jadą konni, jadą armaty, jadą… jadą… Suną pułki z kazania, ludzie zza Wołgi i kozacy z dziką, przeciągłą pieśnią… Twarze ich dziwne, czasem nieludzkie, oczy z niezrozumieniem patrzą wokoło. Rzekłbyś, pułki do szerzenia postrachu, a nie do regularnej akcji. Daj Boże, aby umieli zwyciężać.”

Mimo że w rodzinnych stronach dzieliło ich zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, przyszło im spotkać się dopiero na obczyźnie, w Warszawie. Aleksandr stacjonował tu już od dłuższego czasu, wiele razy spotykał Tanię, gdy akurat wracała z poczty, gdzie udało jej się zaczepić dzięki znajomościom stryja. Jego odpowiednio gruby portfel sprawił, że nagle przestało przeszkadzać pochodzenie Tani, nikt nie próbował nawet nadać jej bardziej polsko brzmiącego imienia, co było nierzadkim procederem wśród jej znajomych. Tanię przysłał ojciec na pensję do stryja kilka lat wcześniej. Serce starego ojca krwawiło, ale chciał lepszego losu dla jedynego dziecka, którego cudem oszczędziły suchoty. Jednego roku usypał pięć kopczyków, przykrywając ziemią i zalewając łzami trumny z ciałami pięciu synów. Tania była najmłodszą, na dodatek jedyną córką, pieszczoną i ubóstwianą od maleńkości. Włosy miała czarne jak heban, a oczy połyskujące niczym szmaragdy. To właśnie ich kolor przykuł uwagę Aleksandra, gdy któregoś popołudnia poszedł nadać depeszę na poczcie. Wystarczyło jedno spojrzenie i wiedział już, że nigdy jej nie zapomni. Od tamtego dnia bywał na poczcie pod byle pretekstem. Zdawał sobie też sprawę, że prędzej czy później nastąpi wymarsz wojsk z Warszawy. Na początku sierpnia zapytał Tanię, czy pomaszeruje razem z nim. Wzięła ze sobą tylko to, co zdołała unieść. Przez Most Kierbedzia poprowadził ich Jeździec miedziany.

Zdjęcie przedstawia wymarsz wojsk rosyjskich w sierpniu 1915 roku, w tle widoczna karczma na rogu Targowej i Kijowskiej. Oryginał dostępny TUTAJ, powiększone zdjęcie w sepii TUTAJ, grafikę można przestudiować TUTAJ.

stare miasto-napis

8_stare miasto

Za Antkiem Królikowskim szalały wszystkie dziewczyny, a on zmieniał je jak rękawiczki. Rozkochiwał w sobie na zabój i porzucał bez skrupułów, gdy mu się znudziły. Nudziły mu się niestety dosyć szybko. Mimo tego panny leciały do niego, jak ćmy do ognia. Wiele było z tego powodu zgrzytów wśród chłopaków z ferajny, którzy próbowali tłumaczyć przyjacielowi, że tak nie uchodzi, ale w głębi duszy zazdrościli mu powodzenia u płci pięknej. Kazik zupełnie nie mógł pojąć, co te dziewczyny widzą w tym łobuzie, który nimi pomiata. Nie wtrącał się zresztą, bo z natury był cichy i spokojny, wielokrotnie tylko w myślach układał sobie to, czego nie miał odwagi powiedzieć koledze w oczy. Miarka się przebrała, kiedy Kazik odkrył, że do Antka wzdycha jego własna siostra, Alina. Tego było już za dużo! Postanowił za wszelką cenę wybić jej tę miłość z głowy! Tym bardziej, że Alina powinna zajmować się ich młodszym bratem, Stefkiem, w czasie, gdy matka szła do pracy. Na amory przyjdzie czas!

Ferajna lubiła ganiać po Starym Mieście, wpadali też na Kercelak albo na Bazar Różyckiego, gdzie zawsze się coś działo. Gdy w 1915 r. Niemcy ograniczyli przepływ sprzedawanych produktów i zaczęły się konfiskaty towaru, ferajna pomagała kupcom upłynniać towar. Dostawali za to odpowiednią dolę i wychodzili na swoje – mieli za co kurzyć i dziewczynę do kina zaprosić. Ale Antkowi zawsze wszystkiego było mało. Wbrew zasadom, ustalał z kupcami na boku inne warunki i narzucał swoją marżę. Kazik już dawno temu to odkrył. Antek lubił chwalić się, ilu to frajerów udało mu się naciągnąć, chociaż nigdy nie podawał konkretnych kwot, twierdził bowiem, że gentlemani o pieniądzach nie rozmawiają. Ufni i wpatrzeni w Antka koledzy, którzy daliby sobie za niego rękę uciąć, nie podejrzewali go o żadne szwindle, a bywało, że oddawali mu i swój zarobek, bo Antek skutecznie potrafił wcisnąć kit o chorej ciotuni, której trzeba migiem krople nasercowe zakupić, a on akurat spłukał się był do zera. Obiecywał, że odda przy pierwszej okazji – nie oddawał nigdy. Ale jego sposób bycia powodował, że nikomu nie przyszło nawet do głowy upominać się o zwrot. Antek miał więc zawsze wszystkiego więcej – więcej znajomych, więcej klientów, więcej dziewczyn, więcej pieniędzy. I zdaniem Kazika mógłby sobie i mieć, gdyby nie fakt, że Antek złamał kolejną z żelaznych zasad ferajny – rodzina jest nietykalna. Zauważywszy maślane oczy Aliny i nie zważając na słowo dane w czasie zaprzysiężenia, Antek postanowił skorzystać z okazji. Na początku było miło i elegancko, zaprosił dziewczynę do kina i na tańce. Alina była w siódmym niebie i nie słuchała brata, który przestrzegał ją przed Casanovą znad Wisły. Kazik więc postanowił działać, zanim będzie za późno. Nikomu nie zwierzył się z planu, który uknuł, obawiał się zresztą, że koledzy i tak nie uwierzyliby w to, że Antek jest kombinatorem, postanowił więc im to udowodnić i na dobre rozdzielić Antka i Alinę. Poszło szybko. Wystarczył jeden gryps podrzucony niemieckiemu patrolowi, w którym uprzejmie doniósł, że tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie, ten i ten obywatel umówiony jest na przeprowadzenie nielegalnych transakcji na Bazarze Różyckiego w alejce przy bramie. Antka zgarnęli, zanim zdążył ostrzegawczo gwizdnąć, żeby uprzedzić ferajnę. Przyjaciele nie mogli w to uwierzyć, Alina wypłakiwała oczy. Nigdy nie wyszło na jaw, kto przyłożył rękę do aresztowania Antka, jednak wyrzuty sumienia ciążyły Kazikowi coraz bardziej. Gdy dowiedział się, że Antka wywieźli z Warszawy, zostawił siostrze list z wyjaśnieniem i prośbą o przebaczenie, a sam rzucił się do Wisły.

Zdjęcie pochodzi z „Albumu starej Warszawy i jej okolic”. Powiększony oryginał w sepii dostępny jest TUTAJ, grafiki członków ferajny znajdziecie TUTAJ.

 spichlerz-napis

6_spichlerz

Olek poznał Krystynę w Telimenie. Z początku myślał, że taka elegancka, wytworna dama nie będzie chciała nawet na niego spojrzeć. Ale założył się z kumplami, że uda mu się ją poderwać i zaprosić na spacer. Do dziś nie wie, co go podkusiło, może los tak chciał. Krystyna siedziała w damskim towarzystwie przy kawie. Do kawiarni weszła kwiaciarka z naręczem róż – Olek kupił wszystkie. Podszedł do stolika, przy którym siedziała Krystyna z przyjaciółkami, ukłonił się, wręczył każdej z pań po róży, a przed Krystyną położył na stoliku resztę kwiatów. Było ich 27. Powiedział, że za każdy z nich należy mu się od niej coś miłego, na początek mogą zacząć od spaceru. Oczarowana Krystyna zgodziła się, mimo że przyjaciółki lekko sobie pokpiwały. Kolejne dwadzieścia sześć wieczorów spędzili razem, a Olek wymyślał dla Krystyny coraz to nowe atrakcje, chociaż według umowy to ona miała mu się odwdzięczać za róże jakimś miłym gestem. Olkowi wystarczyło, żeby Krystyna była obok niego. Ostatniego dnia zabrał ją do siebie na Solec – spontanicznie, bez uprzedzenia. Przedstawił Krystynę rodzicom jako swoją przyszłą żonę. Niepewnie zerknął na dziewczynę, wyczekując jej reakcji. Krystyna uśmiechnęła się i mocniej przywarła do jego ramienia.

Zdjęcie pochodzi z albumu „Warszawa w starej fotografii”, fot.: Stanisław Nofok-Sowiński, 1915 rok, TUTAJ powiększony oryginał, a TUTAJ grafika z Krystyną i Olkiem.

lazienki napis

7_lazienki

Dla panny Elwiry była to już trzecia posada na stanowisku guwernantki. Do tej pory zajmowała się dziećmi z bogatych rodzin, które nie oszczędzały na edukacji swoich pociech. Panna Elwira sama odebrała zresztą bardzo staranne wykształcenie: biegle władała francuskim, greką i łaciną, nadzwyczajną wręcz wagę przykładała do ortografii, kaligrafii oraz podstaw ekonomii. W środowisku znano ją więc i cieniono, mogła przebierać w ofertach, niczym w ulęgałkach. Po zakończeniu współpracy z rodziną Domanieckich, przeniosła się na stancję do Stankiewiczów. Nie tylko od razu polubiła śliczną Zosię i małego urwipołcia Fryderyka, ale też miła jej była myśl o bliskości Łazienek Królewskich, do których zabierała dzieci na rozkoszne przechadzki. Aura w tym roku doprawdy rozpieszczała, jakby chcąc w ten sposób zrekompensować wojenną atmosferę. Zarówno rodzice, jak i guwernantka starali się uchronić dzieci przed tym, co działo się wokół. Zosia nie wykazywała zresztą większego zainteresowania sprawami dorosłych, oddając się rozkoszom dzieciństwa i zabawie pięknymi lalami, które dostawała od babki. Ale Fryderyk zafascynowany był mundurami i karabinami, zaczepiał więc każdego napotykanego po drodze żołnierza, salutując dziarsko w sposób, w jaki nieroztropnie nauczył go ojciec. Widząc rezolutnego chłopca, żołnierze uśmiechali się i zagadywali go, pytając, czy też chce wstąpić do wojska, gdy dorośnie, bywało więc, że czas pokonania krótkiej trasy wydłużał się nawet po trzykroć. Znudzona Zosia domagała się to lodów, to karmelków, to kolorowego balonika. Gdy przekraczali bramy parku, następowała całkowita zmiana – dzieci radośnie goniły wiewiórki, a panna Elwira miała chwilę dla siebie, przysiadając zawsze na tej samej ławce. Obserwowała hasające dzieci, a serce jej wypełniała tęsknota. Dlaczego to nie jej dzieci karmią pawie? Dlaczego miejsce obok niej na ławce jest puste? Z roku na rok przekonywała się, jak wysoką cenę przychodziło jej płacić za to, że była kobietą wykształconą, obytą, robiącą karierę. Mężczyźni obawiali się jej inteligencji i erudycji, za żony woleli brać głupie gąski, których główną rolą było zadawanie szyku. Rozmyślając tak i marząc, panna Elwira nie zauważyła, że na ławce po przeciwnej stronie alejki już od dwóch tygodni zasiada pewien elegancki pan w meloniku. Nerwowo podkręcając wąsa i sprawdzając co i rusz godzinę na zegarku z dewizką. Próbuje zebrać się na odwagę, żeby wreszcie zagaić rozmowę. Tamto popołudnie odmieniło losy ich obojga.

Zdjęcie pochodzi z „Albumu starej Warszawy i jej okolic”. Powiększony oryginał w sepii dostępny jest TUTAJ, grafiki z Łazienek znajdziecie TUTAJ.

 bibliografia

[1] Album starej Warszawy i jej okolic, rok wydania 1915, Internetowe Biblioteki Cyfrowe, Google+.

[2] Budrewicz Olgierd, Warszawa w starej fotografii, Wydawnisctwo BOSZ, Olszanica 2013.

[3] fotopolska.eu

[4] towf.com

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on TumblrPin on PinterestEmail this to someonePrint this page

11 Odpowiedzi

  1. Jaaa, nie poszła odpowiedź! Najmocniej przepraszam, myślałam że Rubeus machnął. Sprawdzę z poziomu admina.

    I w sumie „zakochana Warszawa” to świetny temat na lutową akcję. Ale z drugiej strony pewnie przepadłby w głosowaniu, bo my lubimy na opak głosować ;)

    I ach, jakie piękne historie, z przyjemnością przeczytałam całość. Chyba najbardziej spodobała mi się historia Franka i Mani. Dużo w niej prawdy tamtych czasów, Warszawa w tamtych czasach była bardzo, bardzo, biedna, większość dzieci nie miała w ogóle butów. Co zresztą widać na zdjęciu spichlerza z Solca.

    • Witaj lavinko! Najważniejsze, że sprawa już rozwiązana, będzie nam
      miło przyłączyć się do Waszego grona. Dziękujemy za przemiły komentarz –
      pierwszy na naszej nowej stronie! Musimy przyznać otwarcie, że pomysł z
      „zakochaną Warszawą” wyszedł tak jakoś w praniu i nie był zamierzony,
      jednak gdy przeglądaliśmy stare zdjęcia, miłosny temat nasunął się sam.
      Być może dlatego, że za oknem śnieg i człowiek szuka odrobiny ciepła
      drugiej osoby? :) A z tymi butami, to nie uwierzysz, ale w pierwszej
      wersji dopisane było: „Franek musiał się zresztą dobrze prezentować, bo
      po godzinach dorabiał jako pucybut, dostarczał też szewcowi z Piwnej
      oprawione skóry. Swoją pierwszą parę butów zrobionych u szewca dostał
      jednak dopiero po dwóch latach ciężkiej pracy.” Ale ostatecznie
      zrezygnowaliśmy z tego zakończenia, teraz zastanawiamy się, czy
      słusznie? Zawsze możemy dopisać, jeśli uznasz, że to dobry pomysł :)

      Czy możemy się do Ciebie zwrócić w sprawie technicznej?

      • Nie śmiałabym wnosić poprawek do Waszych wpisów. Są świetne, tak trzymać! Zapraszam do udziału w kolejnej akcji. :)

        • Dziękujemy, jesteś bardzo miła, chociaż na razie udostępniliśmy tylko jeden wpis :) Ale to się zmieni – w przygotowaniu są 3 nowe oraz pierwszy sezon, a już jutro zapraszamy na folkowy wpis u Marchevki, do którego Sava dorzuca swoje trzy grosze ;)

          Powiedz, proszę, czy trzeba za każdym razem wysyłać potwierdzenie WCHODZĘ W TO, czy wystarczy podlinkować wpis z akcji?

          • Wystarczy się zalogować by brać udział w głosowaniu i dodawaniu wpisów akcyjnych. Można dodać ich więcej niż jeden, jeśli ktoś prowadzi więcej blogów. Ograniczyliśmy jednak ich liczbę do 5/jednego blogera.

  2. Bardzo ciekawy i wyczerpujący post. Witamy w gietewube. Że „zakochana Warszawa” na 14 lutego? A na 1 listopada zakopana? Ep.

    • Witaj Marcinie K! Dziękujemy za miłe powitanie! Zastanawialiśmy się, jak post będzie przyjęty przez mężczyzn :) Co prawda Zakochana Warszawa tylko przez przypadek połączyła się z bliską datą Walentynek, ale z tą Zakopaną Warszawą, to w sumie jest myśl!

      • Ta weryfikacja maila to od Was? Mam kliknąć w przycisk verify your email?

        • Hm, szczerze powiedziawszy dopiero zaczynamy zabawę z obsługą tego typu formularza i nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że wysyła do użytkowników jakąś prośbę o weryfikację… Sprawdzimy to i damy znać! :)

          • Marcinie, a więc – po licznych próbach i kombinacjach – doszliśmy do wniosku, że dostałeś link weryfikacyjny, logując się na portalu, którego formularz używamy. Będziesz mógł używać swojego profilu wszędzie tam, gdzie jest on wstawiony.

Zostaw Komentarz