GTWb – Akcja CXXIX – Kocham moje miasto

W ramach CXXIX Akcji GTWb – Kocham moje miasto – i w cyklu VarSavskie Dekady prezentujemy wspomnienia osób związanych z Warszawą na przestrzeni dekad. Zza opowieści tych wyziera obraz stolicy, która zmieniała się wraz z upływem czasu, ustrojów, tendencji architektonicznych i modowych, możliwości, uwarunkowań społecznych. Czy każda z tych osób mogła powiedzieć o Warszawie: Kocham moje miasto? W jakimś sensie zapewne tak, chociaż to trudna miłość, czasem bezprecedensowa i subiektywna, czasem uszczypliwa i wymagająca. Bywa też, że gdy w dzieciństwie założyliśmy różowe okulary, na stare lata w ogóle nie mamy chęci ani potrzeby ich zdejmować. Jedni ten stan traktują jako nieszkodliwe dziwactwo, inni zaś wręcz wyśmiewają. A za co my, Vars i Sava, kochamy Warszawę?

Kocham moje miasto

Jak przystało na dziecko palestry warszawskiej, urodziłam się, wychowałam i wyrosłam w najbliższym sąsiedztwie pałaców sprawiedliwości: Badeniego – Sąd Apelacyjny, Krasińskich – Sąd Najwyższy, i Paca – Sąd Okręgowy.

Dwa zegary: na wieży Zamku Królewskiego i na Ratuszu, wydzwaniały godziny mego dzieciństwa i młodości.

Granicami tego małego świata, którego nie powiązane obrazy pozostały na zawsze wyryte w mojej pamięci, były mniej więcej: plac Krasińskich, Długa, Krakowskie Przedmieście, Senatorska i plac Teatralny. W okresie, od którego rozpoczynam moje wspomnienia, ulica Miodowa była cicha, nieco senna — bruk z drewnianej kostki tłumił turkot dorożek i pojazdów, nie przechodziła tędy jeszcze żadna linia tramwajowa. Sklepów było mało, o niezbyt ożywionym ruchu handlowym. Życie koncentrowało się tu dokoła sądów cywilnych i karnych. Gmach hipoteki jeszcze nie istniał, księgi hipoteczne mieściły się w skrzydle pałacu Paca, zaś kancelarie notarialne i adwokackie rozsiane były gęsto wzdłuż ulicy Miodowej oraz Kapucyńskiej i Długiej.

Pierwsze mieszkanie, które pamiętam, mieściło się w stosunkowo nowym domu na rogu Miodowej (wówczas nr 7) i Kapucyńskiej, na drugim piętrze. Było ono narożne, okna kancelarii mego ojca i jego gabinetu wychodziły na Miodową, okna pokoju jadalnego, sypialni rodziców i naszych dziecinnych pokoi na jeszcze cichszą uliczkę Kapucyńską, na kościół i ogród Kapucynów, łączący się z ogrodem pałacu Paca i ogrodem arcybiskupim. Mieliśmy więc przed oknami stosunkowo duży szmat zieleni. Znaczyły się na nim kolejno pory roku kryształami szronu, bladozieloną mgłą otaczającą na wiosnę korony drzew, świecami kwitnących kasztanów, rudawizną umierających jesienią liści. […]

Z okien gabinetu mego ojca widać było wąziutką uliczkę Kapitulną łączącą naszą dzielnicę z właściwym Starym Miastem, poprzez ulicę Piekarską i Zapiecek ze Świętojańską i Rynkiem Staromiejskim. Na rogu Kapitulnej w godzinach południowych panował zwykle dość ożywiony ruch, gdyż mieścił się tam sklep Arkuszewskiego, tak zwany wówczas „Handel Win i Towarów Kolonialnych”, przy którym były bardzo przez całą palestrę uczęszczane i cieszące się sławą znakomitej kuchni „pokoje do śniadań”.

Nieco głębiej, po lewej stronie uliczki był sklep znacznie dla mnie ciekawszy. Zachował się on w nie zmienionej niemal postaci aż do 1944 roku. Już wówczas odbijał swą staroświecczyzną od i tak staroświeckiego tła. Był to sklep z piernikami i wyrobami woskowymi Jana Wróblewskiego. Okna jego były małe, a oświetlenie ich zawsze spóźnione o ćwierć wieku: naftowe, kiedy wszędzie płonęły już płomyczki gazowe, gazowe, gdy dokoła jarzyła się elektryczność. Wisiały w nich świece woskowe, gładkie lub zdobne girlandami wypukłych, kolorowych kwiatów, stały serca i figury z piernika. Modele tych figur były tak archaiczne, że kiedy przeglądałam po wielu latach piękne reprodukcje staropolskich form do pierników w jednym z pierwszych numerów czasopisma „Arkady”, zdawało mi się, że poznaję wśród nich postacie dobrze mi znanych, starych przyjaciół.

Sklep ów miał swoją kartę w historii powstania styczniowego, służył on za tak zwaną „skrzynkę do listów”. Najmłodsza córka właściciela, Aleksandra, przezwana w konspiracji Karoliną, sortowała tu nielegalną pocztę. Tą drogą porozumiewały się niedobitki Rządu Narodowego z resztą rozbitej organizacji. Wchodziło się do sklepu po kilku schodkach, otwarcie drzwi wywoływało wątły głos zawieszonego w nich dzwoneczka. Od progu ogarniał człowieka słodko-korzenny zapach i specyficzna atmosfera głębokiej prowincji.

Jadwiga Waydel Dmochowska Dawna Warszawa

Zamek Królwski w Warszawie w XIX wieku

Ogród Saski jest nierozłącznym towarzyszem moich wspomnień z lat dziecinnych i szkolnych. Prowadzano mnie do niego na spacer od wczesnej wiosny, kiedy zakwitały bzy, po późną jesień, kiedy to wicher październikowy miotał gałęziami starych drzew w ogródku Wód Mineralnych, strącając na ziemię pękające z hukiem kasztany. Na tę część Ogrodu Saskiego wychodziły okna mojej klasy na pensji Jadwigi Sikorskiej. Siedząc w ławce, widziałam tylko dużą przestrzeń nieba i czuby drzew zmieniających swą barwę zależnie od pory roku.

W maju i w czerwcu podczas tak zwanej „wielkiej pauzy”, trwającej godzinę, prowadzono nas do mleczarni sąsiadującej z ogródkiem Wód Mineralnych, na zsiadłe mleko. Ta mleczarnia, ze stolikami ustawionymi pod odkrytym niebem, szerzyła zapach kawy po całej, sąsiadującej z nią połaci ogrodu. Przez sień domu, w którym mieściła się jej część gospodarcza i zakład kąpieli mineralnych, można było wyjść na ulicę Graniczną, hałasem i ruchem handlowym kontrastującą ze spokojem i ciszą ówczesnego Ogrodu Saskiego. Już jako dorastająca panna zawędrowałam z matką do tego domu, budzącego tyle wspomnień dzieciństwa. Na jednym z górnych pięter mieszkał tam krawiec, który uszył mi mój pierwszy w życiu kostium angielski, wyjątkowo udany, pasujący podlotka na dorosłą pannę. […]

Zaraz za wejściem od Marszałkowskiej rozwidlały się gwiaździście trzy szlaki. Pierwszy na prawo, równolegle do ulicy Królewskiej, zamaskowany od ulicy gęstymi zaroślami, był najmniej uczęszczany, pozbawiony ławek i chodnika z płyt kamiennych. Kończył się u wylotu prostopadle doń zmierzającego szlaku między Królewską (naprzeciwko Zachęty i kościoła ewangelickiego) a Niecałą.

Drugi, środkowy szlak od Marszałkowskiej, może najbardziej uczęszczany, choć węższy od poprzedniego, zaopatrzony pośrodku w chodnik z płyt betonowych, umożliwiający nich pieszy podczas słot i śnieżycy, kiedy gruntowe ścieżki zmieniały się w grząskie bajoro – przecinał aleję główną na ukos i zmierzał między tak zwanym Okrąglakiem na sztucznym wzgórku a stawem wprost do Niecałej. Była to najkrótsza droga z Marszałkowskiej na plac Teatralny.

Trzeci szlak, mniej więcej równoległy do ulicy Granicznej, łączył Marszałkowską z placem od dawna zwanym ,,Za Żelazną Bramą”. Miał on również chodnik kamienny i stanowił ruchliwą arterię pieszą dla mieszkańców Marszałkowskiej i Królewskiej, udających się po zakupy na ten największy i najpopularniejszy przed pięćdziesięciu laty bazar warszawski. Znacznie później, bodajże dopiero na początku dwudziestolecia międzywojennego, obok tego szlaku wzniesiono piękną palmiarnię całą z żelaza i szkła, która uległa zniszczeniu podczas bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 roku.

Podwójną rolę: arterii komunikacyjnej i alei spacerowej odgrywała tak zwana aleja Główna, biegnąca wzdłuż osi saskiej od placu i Pałacu Saskiego do Żelaznej Bramy. Jej perspektywę z jednej strony zamykała fontanna w kształcie wielkiego płaskiego kielicha na tle kolumnady Pałacu Saskiego, z drugiej – Koszary Mirowskie. Po ich zburzeniu wzniesiono na tym miejscu Mirowskie Hale Targowe, do dziś dnia wypaczające czystą linię osi saskiej. Ale wtedy, gdy je budowano za czasów carskich, wszyscy się nimi bardzo cieszyli, jako nowoczesnym nabytkiem miasta. […]

Wszystko to dziś nie istnieje, ani Pałac Saski z piękną kolumnadą, której resztka kryje dziś grób Nieznanego Żołnierza z pierwszej wojny światowej, ani Biblioteka Zamoyskich, ani luksusowa kamienica przy ulicy Niecałej. Wrzesień 1939 r. przerzedził starodrzew Ogrodu Saskiego, a dwa miesiące walk powstańczych dokonały dzieła ostatecznego zniszczenia. Z odwiecznych lip i kasztanów, napełniających całą dzielnicę w porze kwitnienia upajającym aromatem, pozostały tylko kikuty. Na wzrost świeżo posadzonych drzewek trzeba będzie jeszcze długo poczekać.

Ale i bez wojny Ogród Saski musiałby zmienić swoje oblicze: z elitarnego parku stać się wielkim demokratycznym zieleńcem, ułatwić ruch wielkomiejski zamiast go hamować. Zrozumiano to już pod koniec dwudziestolecia, przecinając ogród od Marszałkowskiej do Żelaznej Bramy i Żabiej ulicą otwartą dla ruchu kołowego. Polska Ludowa poszła dalej, znosząc żelazne sztachety naokoło ogrodu i zastępując je niskim murkiem. Wielka arteria komunikacyjna powstała na połaci ogrodu, przylegającej kiedyś do ulicy Granicznej i Żabiej. Przez dawny ogródek Wód Mineralnych, przez ślad po przedwojennej palmiarni suną dziś auta, mkną wężowo wygiętą linią jezdni tramwaje i autobusy. Ogród Saski stał się ulicą bez kamienic, rezerwatem niegdyś pałacowego, potem mieszczańskiego parku, w którym grało w piłkę, biegało za obręczą i bawiło się w berka tyle pokoleń małych Polaków.

Za lat kilkadziesiąt, kiedy wystrzelą pod niebo młode dziś drzewka, przyszli nauczyciele poprowadzą jesienią swoich wychowanków do zabytkowego Ogrodu Saskiego. Dzieciaki na pewno rozproszą się pod drzewami i tylko radosne okrzyki oznajmiać będą o znalezieniu w trawie nowego kasztana…

Ogród Saski, ten rezerwat pierwszych radości dzieciństwa, pierwszych marzeń i nadziei młodości, pierwszych porywów i zawodów wieku dojrzałego, cichej melancholii i rezygnacji lat sędziwych – chłonął w siebie i wchłaniać będzie wszystkie te okrzyki i westchnienia – on, żywy pamiętnik starej, odradzającej się w każdym nowym pokoleniu Warszawy.

Stefania Podhorska-Okołów Warszawa mego dzieciństwa

Pałac Saski

Ponieważ obecnie wstępujemy w ten przedział 1875 roku, w którym municypalność[1] troszczyć się musi o sienniki dla osób lubiących pogodne noce przepędzać pod odkrytym niebem, sumienność więc kronikarska nakazuje nam zwrócić przede wszystkim uwagę na Saski Ogród, do którego amatorowie snu na świeżym powietrzu najchętniej się garną. Otóż odkładając na bok kwestią świeżości powietrza w Warszawie, przypominamy wszystkim ukształconym czytelnikom, że zgodnie z wolą Bożą i zasadami chemii nowoczesnej, powietrze obowiązane jest składać się – przeważnie z tlenu i azotu z małą domieszką pary wodnej i kwasu węglanego i że, co idzie za tym, kurz, jaki podnoszą ogony sukien damskich w Saskim Ogrodzie, jest dodatkiem zarówno kosztownym, jak i bezużytecznym.

Powiedzieliśmy kosztownym, ponieważ dla wzniecenia go każda osoba płci żeńskiej dokupywać musi umyślnie na ten cel kilka łokci[2] materii, dla której najzupełniej obojętnym jest, czy zostanie zjedzoną przez mole, czy też wytartą o bruki miejskie lub ulice ogrodów. Nazwaliśmy kurz dodatkiem nieużytecznym, ponieważ ludzie i bez niego tracą w Warszawie oczy i umierają na suchoty[3] częściej niż w jakimkolwiek innym mieście.

Z tych tedy powodów nie rozumiemy, dlaczego ponętne panie nasze tytułem próby nie mogły na przykład na rok bieżący poskracać swoich ogonów, za pomocą których chcą zamienić ogród na salę balową, a w istocie zamieniają na coś środkującego między stodołą i rajtszulą[4]. Długi ogon wprawdzie dla znających teorie komentatorów nieszczęśliwego Darwina[5] może być symbolem postępu i radykalizmu, dziś jednak wydaje się anachronizmem, choćby dlatego, że cesarsko-niemieckie demokratki i komunistki nie za pomocą ogonów, ale za pomocą czerwonych krawatów wyróżniają się od niepostępowych kobiet.

Długie ogony, co więcej, nie tylko przyczyniają się do zatrucia powietrza i zamącenia spokojności publicznej, ale nadto przeszkadzają powstaniu całkiem nowej a użytecznej instytucji.

Mamy tu na myśli proponowany ogród zoologiczny, na który nikt nie składa pieniędzy, sądząc bardzo sprawiedliwie zresztą, że dla małej Warszawy dwa zwierzyńce byłyby już najzupełniej niepotrzebnym zbytkiem.

Tym, którzy czuliby się dotknięci połączeniem nazwy zwierzyńca z Ogrodem Saskim, na uspokojenie możemy dodać, że nie idzie nam o ten jeden wyłącznie tytuł.

Zwierzyniec nasz równie sprawiedliwie mógłby się nazywać pokojem dziecinnym, w którym młode latorośle na każdym miejscu mogą jeść, spać, biegać, grać w piłkę, a zarazem wykonywać czynności bardzo wprawdzie pożądane dla rolnictwa, ale nie kwadrujące[6]bynajmniej ani z kwiatami, ani z ławkami, ani nawet z posągami publicznego ogrodu[7]. Wprawdzie to, co napisaliśmy teraz, może się komuś wydawać mniej eleganckim, ale nie zapominajmy, że nierównie mniej eleganckimi są dowody naiwnej prostoty dzieci, a jednocześnie niedbalstwa ich nianiek, guwernantek i matek.

Oto wszystko, co moglibyśmy powiedzieć na rachunek Saskiego Ogrodu, któremu miłośnicy sadownictwa zarzucają, że nazbyt krótko przystrzyga swoje krzaki, a nade wszystko drzewa. Lecz trudno, elegant to starej daty, grozi mu łysina, musi więc uciekać się do nożyc. Spytacie może, dlaczego pierwej o pomadach[8] nie pomyślał?

[…]

Bolesław Prus „Kurier Warszawski” nr 90, 26 kwietnia 1875 r.

[1] Municypalność – urząd miejski, zarząd miasta.

[2] Łokieć – dawna miara długości (57,6 cm).

[3] Suchoty – w XIX w. suchotami nazywano każdą chorobę pociągającą za sobą uwiąd ciała, określenie to szczególnie jednak utożsamiano z gruźlicą, która była chorobą śmiertelną. Zachorowania na suchoty były dość częste, a przyczyną tego były niewłaściwy tryb życia, wilgoć w mieszkaniach i zła dieta (niedożywienie).

[4] Rajtszula (z niem. Reitschule) – szkoła jazdy konnej, ujeżdżalnia. Mieściła się do 1877 r. w pobliżu Ogrodu Saskiego, od strony ul. Królewskiej i Granicznej.

[5] Charles Darwin (1809-1882) – twórca teorii ewolucji. Darwin jest „nieszczęśliwy” zapewne ze względu na kontrowersje narosłe wówczas wokół jego teorii.

[6] Kwadrować (łac. quadrare) – harmonizować, zgadzać się, odpowiadać.

[7] Chodzi zapewne o Ogród Saski i rozporządzenie władz carskich określające, kto mam prawo wejścia na jego teren. Dzieci mogły przebywać w nim tylko w towarzystwie dorosłych i na określonych zasadach (zob. przypis nr 236 w tym tomie i przypis nr 32 w t. 2).

[8] Pomada (franc. pommade) – kosmetyk do włosów, w skład którego wchodziły tłuszcz, wosk i pachnidła.

Bolesław Prus W Warszawie. Wybór z kronik. Tom 1.

Park Saski Oranżeria

Dorzucając własne wspomnienia do licznych historii warszawskich pragnąłbym dać możliwie wierny obraz czasów mego dzieciństwa, i jak ten co schodzi do piwniczki po dość już omszałą butelkę wina i wynosi ją na światło dnia, chciałbym, aby ta wyprawa w przeszłość nie była daremna, aby czytelnik patrząc na nowe budowle socjalizmu i nie zagubił sentymentu do starej Warszawy. Jest to moja mała, prywatna odbudowa Starego Miasta Nie brak tu będzie może złudnych czasem polichromii i upiększeń, bo takie jest prawo wspomnień, w których odnaleziony na nowo czas młodości rozjaśnia i rozprasza cienie i mroki. […]

Zwykło się owe czasy nazywać pogodnymi, jak Warszawę tego okresu nazywa się „wesołą Warszawą” i „Paryżem Północy”. Taką ją widziałem oczami siedemnastoletniego chłopca. Dziś mam co do tej pogody poważne wątpliwości. Być może robiła ona wrażenie Paryża na prowincjonalnych kupcach rosyjskich, którzy tu spędzali noce w szantanach, lub na zapijaczonych hreczkosiejach z Kutnowskiego czy Łomżyńskiego. Dziś, gdy wspominam ten Paryż Północy, widzę ciemne ulice pokryte kocimi łbami, cuchnące moczem końskim. Ciągną po tych ulicach smrodliwe wozy ze śmieciami. Wiatr roznosi te perfumy warszawskie od nędzy Powiśla do straszliwych klatek napełnionych ludzką niedolą na Franciszkańskiej, Dzikiej, Krochmalnej. Przewiewa ten wiatr nad skrawkiem centrum miasta, gdzie parę nocnych knajp i eleganckich magazynów tworzy ułudę europejskości. Uderza wschodniość pejzażu warszawskiego; przypomina mi główną ulicę w Mukdenie oglądaną niegdyś w fotoplastykonie Terra na Niecałej.

W tym Paryżu Północy bydło zabijał rzezak rytualny, pierwszorzędne lecznice prywatne nie miały w pokojach wody bieżącej, kilkadziesiąt zaledwie można było znaleźć hotelowych pokoi z łazienką, na wszystkich rogach ulic stały tłumy obdartych przekupniów i całe dywizje chustkowych prostytutek, które na widok policjanta rozbiegały się ciężkim kłusem.
W dzień świąteczny zapełniał ulice tłum ubrany brzydko i pretensjonalnie. Próżność łącząca się z nędzą była to mieszanina typowa dla Warszawy. Można było nie mieć na elementarz, na ołówek dla dziecka, na mydło czy na książkę, ale trzeba było mieć niedzielne sakpalto i żółte kamaszki. Brzydota Warszawy wyłaniała się z obyczaju i słownictwa jej mieszkańców. W leksykonie warszawskim królowało niepodzielnie uniwersalne: „k***a twoja mać”. Wyrażało to i niechęć, i podziw, i nudę, i zadowolenie. Warszawa nie miała swoich ulicznych piosenek; gdyby takie piosenki istniały, zaczynałyby się i kończyły na tym sakramentalnym zaklęciu. […] Kult cwaniactwa i dowcipu był może zdrową reakcją na systematyczne przekarmianie narodu strawą wzniosłego romantyzmu i ckliwego męczeństwa. Ludek warszawski coraz sceptycznie) przysłuchiwał się wszelkim hasłom patriotycznym i egzaltacjom narodowym. Coraz mniej było amatorów przerabiania zjadaczy chleba w aniołów i coraz wyraźniejsze pragnienie przejścia z kategorii Królów-Duchów na stanowisko zjadaczy chleba.

Jako osiemnastoletni młodzieniec wstępując do warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych tkwiłem jeszcze całkowicie w romantycznym patriotyzmie. Miałem żywą pogardę dla spraw materialnych i optymizm wynikający z absolutnej nieznajomości struktury społecznej. Posiadałem bardzo wiele wiadomości chaotycznych i niedokładnych, a nie zdobyłem zdolności zarabiania na życie. Nieporadny i bezbronny, stanąłem przed koniecznością znalezienia jakiegoś zajęcia, co wobec choroby ojca stało się naczelnym zagadnieniem pierwszego okresu mej młodości.

Antoni Słonimski Wspomnienia warszawskie

Ulioca Marszałkowska

Warszawa pierwszych lat 20. cierpiała z powodu braku mieszkań. Przed 1923 rokiem budowano tyle co nic, a ceny wynajęcia mieszkania stawały się horrendalne. Do miasta stołecznego przybywali urzędnicy, którzy gnieździli się po zmurszałych pałacach, porosyjskich koszarach czy urzędach – bo nowych gmachów ministerialnych jeszcze nie zdołano zbudować. Za to w niejednym punkcie Warszawy można było natrafić na opuszczone place budowy, zamarłe w 1914 roku. Kilka lat później budowano już wszędzie. W centrum wyrastały gmachy ministerstw i banków.

Często potężne – niczym budowle w przedrewolucyjnym Petersburgu. Tak między innymi projektował przybyły z dawnej stolicy carów Polak, architekt Marian Lalewicz. Wyrastały nowe dzielnice.

Żoliborz w miejscu zlikwidowanej esplanady porosyjskiej Cytadeli, Sadyba czy Kolonia Profesorska na górnym Czerniakowie, wreszcie Kolonie Staszica i Lubeckiego na Ochocie wokół placu Narutowicza, który jeszcze w początku XX wieku był niebezpiecznym miejscem pełnym glinianek i ziemianek zasiedlanych przez ludzi ukrywających się przed prawem. Architekci jak wszędzie w Polsce, projektując domy jednorodzinne i szeregowe, starali się wskrzeszać mit polskiego dworku. Jednocześnie miasto pozbywało się śladów rosyjskiego panowania. Pałac Staszica przebudowany przez Rosjan w stylu staro bizantyjsko-rosyjskim odzyskał dawny, klasycystyczny kształt, zaś wielki sobór na placu Saskim (potem Piłsudskiego) zburzono w 1926 roku.

Znikły też inne cerkwie. Czas płynął i około połowy dekady archaiczne domki z kolumienkami wydawały się śmieszne i przygnębiająco staroświeckie. Nawet w gmachach ministerstw aluzje do klasycyzmu Królestwa Polskiego zaczęła wypierać nowa sztuka. Druga połowa lat 20. to już w przestrzeni architektonicznej Warszawy nowe trendy. Art déco  -które z miejsca ukochała zarówno burżuazja, jak i władze – lewicowa awangarda, funkcjonalizm. Architekci i inwestorzy coraz chętniej sięgali po szarą cegłę – chcieli też sięgać nieba. To w latach 20. powstały pierwsze w Polsce projekty drapaczy chmur. Przy ulicy Hortensja (obecnie Wojciecha Górskiego) zamierzano ścigać się z wieżowcami nowojorskimi. Jeszcze przed końcem dekady zaczęto budowę hotelu Helvetia przy ulicy Kopernika i 16-piętrowego drapacza chmur Towarzystwa Ubezpieczeń Prudential przy placu Napoleona.

Jerzy S. Majewski Warszawa lata 20., (Wstęp)

Plac Narutowicza

W latach 30. zmieniło się oblicze architektoniczne Warszawy. Nie budowano już romantycznych dworków i budynków w stylu narodowego historyzmu. Dominował modernizm w różnych odmianach. Wiele nowych budynków powstawało na deskach kreślarskich pierwszego pokolenia absolwentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Wśród nich były też kobiety: Barbara Brukalska, Helena Syrkusowa i inne. Od 1934 roku w panoramie miasta dominował już szesnastopiętrowy drapacz chmur Prudential. Wyrósł w sercu stolicy i był jednym z najwyższych budynków ówczesnej Europy. Na jego dachu umieszczono nadawczą antenę telewizyjną, a z mieszczącego się w wieżowcu studia na kilka dni przed wybuchem II wojny światowej wyemitowano pierwszy próbny program odbierany przez kilkanaście aparatów telewizyjnych rozsianych w różnych punktach miasta.

Po 1935 roku rozpoczął się boom w budowie luksusowych kamienic czynszowych, widoczny znak schyłku kryzysu. Budynki przy ulicy Wiejskiej, alei Przyjaciół, Bartoszewicza, Smulikowskiego czy Narbutta otrzymały kamienne elewacje, klatki schodowe okładane płytami z marmuru, windy i nowocześnie wyposażone mieszkania. W najbardziej luksusowych budynkach urządzano nawet podziemne garaże.

Najlepiej rozplanowana dzielnica Warszawy – Żoliborz – rozrastała się wokół placu Wilsona. Tam kilka spółdzielni budowało domy o prostej, nowoczesnej architekturze z przeznaczeniem na tańsze, skromniejsze mieszkania.

Jerzy S. Majewski Warszawa lata 30., (Wstęp)

Plac Wilsona

Warszawa czasu wojny tkwiła we mnie i tak niewiele trzeba było, żeby to, co miałam już za sobą, wróciło z całą mocą. Szczęk opuszczanych żaluzji w krakowskich oknach powodował, że kuliłam się ze strachu pod ścianami. To był odruch – ten dźwięk przypominał mi odgłosy strzałów. […]

O spacerach po Warszawie nie myślałam – nie było ani dokąd, ani po co.

Czasem wozili nas – takim wojskowym gazikiem – do Wilanowa, żeby od tych ruin odpocząć. Tam, pod pałacem, można było siąść na ławeczce, posłuchać ptaków. Na Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Bednarską – moje ulubione szlaki warszawskie – mogłam wrócić dopiero kilka lat później.

Gdy w 1949 roku przeprowadziłam się do Warszawy na stałe, miasto było już inne. Ruiny jeszcze straszyły, ale trwał bezustanny ruch, handel na ulicach, w sklepikach. Po ulicach jeździły przeróżne pojazdy – przedwojenne taksówki, ciężarówki, tramwaje, trolejbusy, wozy konne. Kręcili się gazeciarze i w najlepsze trwała odbudowa. Co parę dni chodziliśmy oglądać kolejne, oddawane uroczyście do użytku, nowe kamienice. Łatwiej już wtedy było o zaopatrzenie, można się już było ubrać – najlepiej na bazarze Różyckiego na Pradze. Kupiłam tam nawet suknię na bal…

Warszawa powojenna to czas powrotów. Ludzie wracali do swoich domów, pomniki na swoje cokoły, kościołom, gmachom, kamienicom przywracano dawne kształty. Miasto wracało do życia. A moje życie tak się ułożyło, że na zawsze splotło się z losem Warszawy.

Danuta Szaflarska Warszawa lata 40., (Wstęp)

Odbudowa Warszawy

Trzymając się prawej strony Alei Ujazdowskich, widzę odbudowany pomnik Chopina. Kiedy w 1957 roku ukończyłam studia, CHOPIN z powrotem zasiadł pod wierzbą. Jego muzykę grali tam wielcy światowi i krajowi pianiści, a w czasie koncertów można było spocząć na ławeczkach albo na trawie. Wszyscy Polacy kochamy i uwielbiamy Chopina, ale młodość lubiła tańczyć i fruwać, i dlatego lecimy w stronę JAZZU, ulicy Mokotowskiej i Starówki. A tam Hybrydy, Tyrmand… Młodość musi się wyszumieć i nakarmić ducha. Wracam na Krakowskie Przedmieście… Pod dziesiątką mieściła się na niewielkiej przestrzeni z pięterkiem pracownia mistrza Gracjana Lepianko, który sklejał ludziom zabytkowe cacka, rożne artystyczne starocie. Robił najtrudniejsze konserwacje i naprawy muzealnych dzieł. Olgierd Budrewicz pisał o nim, że do swojej pracowni wciągał się po linie. Pisał też o nim Konstanty Ildefons Gałczyński i Antoni Słonimski. Pamiętajmy, że żył wśród nas KTOŚ TAKI, kto podobno nigdy nie siadał. Całe życie stał na nogach.A my, myśląc o mistrzu Gracjanie Lepianko, padnijmy przed nim na kolana. […]

Lecimy dalej w stronę winka. Oblewamy! Lewo, prawo, prawo, lewo. Kawiarnia TELIMENA. Niedużo pijemy, bo patrzy na nas Adam Mickiewicz. Piękny Adaś z pomnika, z tyłu Adasia – winiarnia. I co? I Stara Dziekanka, która żywiła Krystynę, i Nowa Dziekanka przy Bednarskiej, twór socjalizmu, gdzie Krystyna rezydowała i z której było blisko na Akademię. Przy Bednarskiej przed kościołem św. Anny płoty, płoty, płoty… a za nimi ciągle jeszcze ruiny. Dalej prezent socjalizmu, cud odbudowy: TRASA W-Z i ruchome schody. Ale pamiętajmy, że wędrujemy po TRAKCIE KRÓLEWSKIM, więc rozglądamy się za pałacami. Pałac Pod Blachą stoi, ale nie było jeszcze odbudowanego Zamku Królewskiego […]

Kończę, bo od tej młodości, od sukcesów artystycznych: aktorskich, malarskich, graficznych, filmowych, estradowych, teatralnych, muzycznych KRĘCI Ml SIĘ W GŁOWIE.

Krystyna Sienkiewicz Warszawa lata 50., (Wstęp)

U Fukiera

Postaram się sięgnąć pamięcią do tych szalonych lat. Szalonych, bo byłam bardzo młoda, romantyczna, naiwna… najgorzej, że poza młodością inne moje cechy mi pozostały. […]

Kilka lat temu młoda dziennikarka spytała mnie, co to właściwie były warszawskie „ciuchy”. „To takie Allegro z ubraniami w publicznym miejscu, tyle że na »ciuchach« można było publicznie mierzyć te wyszukane kreacje” – uświadomiłam jej, a sobie – że to fenomen dziś dla niewielu już zrozumiały. Tak niezrozumiały, jak dla jednego z dyrektorów Filmu Polskiego to, że przy jednej ulicy znajduje się aż tyle komisów… co zauważył po porannym spacerze wokół hotelu, gdy byliśmy na festiwalu filmów polskich w Rzymie.

„Ciuchy” na warszawskiej Pradze w początku lat 60. były nieocenionym terenem polowań na okazy ubrań oryginalnych, unikalnych, pochodzących zwykle z przysyłanych do Polski paczek. Noszenie ubrań z „ciuchów” było rodzajem nonkonformizmu, niegodzenia się na siermiężną, szarą ubraniową „urawniłowkę” oferowaną w pedetach i cedetach. Zakupy na „ciuchach” to byla cała wycieczka! Godzinami można było szperać w kolorowych stertach szmatek, wyszukując te, którymi pogardziły Amerykanki, a Polki potrafiły przerobić na kreacje nieodbiegające od tych widywanych na ulicach Paryża. […]

A były to przecież też czasy, kiedy wieczór ze Starszymi Panami był impulsem do towarzyskich spotkań przy telewizorze Wisła, a których aluzje w tekstach są dziś równie niezrozumiałe dla naszych dzieci, jak były wówczas dla cenzury. Był to też okres, kiedy – jakbyśmy dziś powiedzieli – kultowe seriale Stawka większa niż życie i Wojna domowa bawiły nie tylko rodziców. Gdy ulice pustoszały w godzinach emisji, mój młodszy brat, wtedy nastolatek, puszczał z okna na pierwszym piętrze dźwięk z czołówki serialu Stawka większa niż życie, tyle że kilkanaście minut wcześniej niż była przewidziana emisja – i obserwował gorączkowe przyspieszenie przechodniów, którzy sprawdzali zegarki i spieszyli do domu, a że mieszkaliśmy przy placu Zamkowym, widok był pocieszny.

Nie było jeszcze odbudowanego Zamku Królewskiego i nie było na wieży zegara. W maju wzdłuż Alei Ujazdowskich chodziło się na kameralne, w porównaniu z obecnymi, targi książki. Nad głowami kwitły wielkie lipy. Można było tam spotkać Jarosława Iwaszkiewicza, Antoniego Słonimskiego, Marię Dąbrowską, wrócić do domu z dedykacją. Można było zjeść pańską skórkę, cukrową watę i wypić wodę sodową z malinowym sokiem, wytwarzaną w saturatorach uznanych potem za rozsadnik zarazków.

Tańczyliśmy w studenckiej Stodole czy Hybrydach. Piło się wódkę w Kameralnej i chodziło do SPATiF-u. […] Wtedy „bywało się” w tych modnych miejscach po to, żeby się bawić, a nie by zaistnieć w tabloidach. Czy tak było? Każdy przecież ma swoją przeszłość, swoje wspomnienia i swoją młodość. A wspomnienia młodości przecież nie mogą być obiektywne, bo zwykle są dużo ładniejsze od rzeczywistości. I dlatego choć to były ciężkie czasy, wspominamy je z sentymentem.

Beata Tyszkiewicz Warszawa lata 60., (Wstęp)

Bazar Różyckiego

W 1970 roku otrzymałam propozycję angażu z Teatru Ateneum, więc zgodziłam się opuścić Kraków na jeden sezon i wystąpić gościnnie w Warszawie. […] Warszawa wtedy aż kipiała od wydarzeń teatralnych; co tydzień premiera w poniedziałkowym Teatrze Telewizji. W otwartym po remoncie Teatrze Powszechnym Andrzej Wajda przygotował wielką inscenizację Sprawy Dantona, Zygmunt Hiibner słynną Zemstę, z kreacjami Wojciecha Pszoniaka, Bronisława Pawlika i Władysława Kowalskiego, w której brałam udział. Teatr Dramatyczny przeżywał okres swojej największej świetności. Wybitne role Gustawa Holoubka, Zbigniewa Zapasiewicza, Marka Walczewskiego w spektaklach Ludwika René i Witolda Zatorskiego wzbudzały entuzjazm.

Teatr Współczesny pod dyrekcją Erwina Axera przyciągał widzów znakomitą literaturą i aktorstwem na najwyższym poziomie. Otwarty w 1 976 roku Teatr na Woli nadawał nowego kolorytu miastu. Tam powstały wielkie kreacje Tadeusza Łomnickiego, to tam później Roman Polański wyreżyserował Amadeusza. A Balladyna w reżyserii Adama Hanuszkiewicza z Goplaną na hondzie?

A Wieczór Trzech Króli w śmiałej reżyserii Jana Kulczyńskiego w Starej Prochowni? Udział w Pannie Tutli Putli Witkacego w Ateneum był dla mnie spełnieniem marzeń! Z kolei Teatr Studio szokował malarskimi wizjami Józefa Szajny. A jeszcze kabarety z „Dudkiem” na czele. Edward Dziewoński z brawurą szykował coraz to nowe premiery w kawiarni Nowy Świat. To tu narodziła się piosenka Wojciecha Młynarskiego W Polskę idziemy w kongenialnym wykonaniu Wiesława Gołasa. Słowem – mimo wszystko dobry czas dla kultury i sztuki. Jak temu tyglowi nie ulec?  […]

Zauroczenie? Miłość? Miłość! W 1971 roku wyszłam za mąż za chło­paka z Warszawy. W 1975 pojawił się na świecie syn – już warszawiak, później córka, warszawianka. Wszyscy oni kochają swoje miasto i dobrze się tu czują. A ja? Mieszkałam w tylu pięknych miejscach, ale myślę, że już tu zostanę. Wybrałam Warszawę, coś w tym mieście jednak jest!

Anna Seniuk Warszawa lata 70., (Wstęp), Wydawnictwo Bosz, Warszawa 2016.

Dworzec Centralny budowa

Mieszkałam wtedy na ulicy Długiej, która krzyżowała się z Miodową. Skromne, ale śliczne osiedle znane z wygranej w konkursie na „Piękne podwórka”. Z okien na czwartym piętrze mogłam zobaczyć swoją ulicę, kawałek pięknego parku Krasińskich i fragment ulicy Miodowej. Wszystkie te miejsca są naznaczone martyrologią mieszkańców Warszawy, to tutaj biegły kanały, którymi warszawiacy uciekali przed skutkami Powstania Warszawskiego, to tutaj wydobywali się na powierzchnię – najczęściej w ręce gestapowców. Wprowadzając się tu, myślałam o tym bardzo często, ale czy mogłam przypuszczać, że w tym samym miejscu będę świadkiem ulicznych walk, ofiarą gazów łzawiących, a w moim mieszkaniu jak w szpitalu polowym leżeć będą ludzie porażeni przez gazy łzawiące, pobici i przerażeni? Właściwie nie musiałabym opisywać nic poza moją kamienicą, żeby oddać atmosferę Warszawy lat 80. Już samo powstanie „Solidarności” zacieśniło sąsiedzką więź, wychodziliśmy razem na demonstracje, pilnowaliśmy wzajemnie swoich dzieci. Wszystko w tym czasie było inne, bo tworzyło się to poczucie wspólnoty – to MY – za którym dzisiaj tak często tęsknimy. Czy jako klienci sklepów, sprzedawcy, motorniczy tramwajów, czy pasażerowie, wszyscy żyliśmy w oczekiwaniu na decyzje strajkowe. Jaki będzie? Ostrzegawczy? Powszechny? Pytaliśmy się siebie nawzajem na ulicach. Byłam pewnie jedną z nielicznych warszawianek, które poznały klimat stanu wojennego w godzinie jego wprowadzenia, w nocy w środku miasta.

Z 12 na 13 grudnia byłam na jakimś kameralnym przyjęciu i nagle okazało się, że nie działają telefony, nie mamy jak zamówić taksówek. Cudem jakimś w samym środku zaśnieżonej ulicy Waryńskiego pojawiła się taksówka. Wracając na moją Starówkę, jechaliśmy przez ulice Śródmieścia, a ja w tej śnieżnej poświacie pierwszy raz zobaczyłam przedziwnie ubranych mężczyzn, którzy pilnowali jednego ze skrzyżowań.

Na twarzach mieli wielkie ochronne tarcze. W tym momencie taksówkarz odebrał jasny nakaz z centrali – ma zostawić pasażera gdziekolwiek jest i zgłosić się natychmiast do bazy, razem z innymi taksówkarzami. Sądził, że to zapowiedź strajku, i zatrzymał się w samym centrum, tłumacząc, że musi jechać do domu po śpiwór. Odwołałam się wtedy do jego sumienia jako warszawskiego taksówkarza. Zawiózł mnie na szczęście do domu i do rodziny. A Warszawa po 13 grudnia? Naprawdę nie musiałabym wychodzić z domu, żeby pamiętać
szereg obrazków. Pewnego dnia pod moją kamienicą cicho i niepostrzeżenie pojawił się sznur wozów z zomowcami w środku. Samochody widać było aż po horyzont, do końca ulicy Długiej.

To była cała armia i z pewnością jej pojawienie się zapowiadało coś więcej niż zwykłą interwencję. Niektórzy wysiadali z wozów, przechadzali się, rozprostowywali nogi. To przecież Polacy… Tak właśnie pomyślałam, patrząc na „wrogów”, stacjonujących blisko wlotu do kanału, z którego w czasie wojny wychodzili powstańcy. Potem, kiedy zaczęły się już uliczne walki, trzeba było szczelnie zamykać okna, wszędzie wdzierał się gaz łzawiący. Nagle jakiś rozszalały zomowiec wbiegł na naszą klatkę i tam rzucił ładunek z gazem.

Nie było mowy nawet o tym, żeby uchylić drzwi. Gaz wdzierał się do mieszkania, dusił nas, dzieci, nie było jak się od niego uwolnić. Wystarczyło jednak wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć ludzi przerażonych siła tego gazu i rozproszonych po ulicy. Zaopatrzona we wszystkie możliwe ochraniacze, wypadłam z klatki schodowej i zagarnęłam do mieszkania jak największą ilość przechodniów. Leżeli u mnie na podłodze, a ja im robiłam kompresy z herbaty. Do akcji szybko przyłączyli się sąsiedzi, chociaż przejście przez klatkę było naprawdę bolesne. […]

Warszawa lat 80. to także czas symboli. Świece w oknach, jakie stawialiśmy na znak solidarności, nasłuchiwanie Radia Solidarność, to wreszcie kościół św. Stanisława Kostki i Msze za Ojczyznę, które prowadził ksiądz Popiełuszko. Od samego początku zaprzyjaźniła się z nim moja matka, współtworząc te msze, dlatego ksiądz Jerzy stał się też przyjacielem naszego domu. Często przychodził na ulicę Długą i z okna przyglądaliśmy się, jak wyczekuje na niego samochód z tymi, którzy go śledzili. Na szczęście „piękne podwórka” mojego osiedla były tak kręte, że dość łatwo udawało mu się zniknąć, zanim samochód ruszył.

Taka to była Warszawa. Czasem walcząca, czasem przyczajona, konspirująca… ale jednak coraz bardziej pogrążona w poczuciu przegranej i beznadziei. Często przyglądałam się warszawiakom na ruchomych schodach przy Krakowskim Przedmieściu. Wszyscy smutni, bez wigoru, z opuszczonymi głowami. Przypominały mi się wtedy takie schody w Paryżu, gdzie ludzie kolorowo ubrani rozmawiają ożywionym głosem, śmieją się… Kiedy my się uśmiechniemy? Coraz częściej zadawałam sobie takie pytanie, aż w czerwcu 1989 roku doszło do wyborów, w których startowała też „Solidarność”. Liczyliśmy wszyscy na dobre miejsce w sejmie w ramach silnej opozycji. I nagle 4 czerwca doszła do nas wiadomość, że „Solidarność” wygrała! Oznaczało to zmianę, której nikt z najmądrzejszych ludzi opozycji nie przewidywał. Możemy podnieść głowy i zachowywać się jak wolni ludzie. Od tego dnia wielokrotnie zdarzyło mi się jechać tymi samymi ruchomymi schodami. Nikt jednak się nie uśmiechał, nikt nie miał ochoty z nikim rozmawiać.

Nie umiałam pogodzić się z tym, że my ciągle tacy sami, z tym zgiętym karkiem, jakby nic się nie zmieniło. Możemy przecież wypowiadać swoje zdanie, spierać się, wyrażać własne poglądy…

Po kilku miesiącach, dokładnie 28 października, zaproszono mnie do telewizyjnego studia na krótki wywiad dotyczący mojej kariery. Teraz albo nigdy, zdecydowałam – i właśnie wtedy w Dzienniku Telewizyjnym powiedziałam: „Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. Następne miesiące przyniosły dyskusję na ten temat. Ostrą, otwartą dyskusję. Ale to już jest opowiadanie o kolejnych dekadach.

Joanna Szczepkowska Warszawa lata 80., (Wstęp)

Stan wojenny w Warszawie

Trudna jest miłość z Warszawą. To kochanka po traumatycznych przejściach. Wycofana, pełna kompleksów i braku wiary w siebie.

Naturę ma skomplikowaną, miotają nią skrajne emocje, niełatwo się oddaje. Ale gdy uparcie zacząć ją oswajać, akceptować rozdarcie i wypełniać dojmującą pustkę, zachwyci szaleństwem, brakiem jakichkolwiek granic, złożonym pięknem, którego może nie dostrzega się na pierwszy rzut oka, ale w które się inwestuje i kocha już potem na zawsze.

Są miasta, które oferują nam siebie w pakietach, gdzie prowadzeni przez sugestie przewodników czy bywalców nie mamy potrzeby zejść ze szlaku, bo miasto z wdziękiem podąża równolegle z nami. Wybory są proste i uzupełniające się. Transport służy ciągom komunikacyjnym, te otwierają przed nami parki, z nich wyłaniają się galerie, które prócz zbiorów kryją fantastyczne restauracje, potem tuż przy wyjściu wypożyczamy rower, którym przemieszczamy się w inny rejon (oczywiście wygodną ścieżką rowerową), nie tracąc przy tym nic z uroków miasta…

Tu nie da się wyznaczyć spójnego planu, tak by wszystko się zgadzało, było płynnie niewymuszone, a jedna aktywność implikowała czy wspierała drugą. Nie, nie… W Warszawie trzeba się nastawić na chwytanie momentów, szukanie osobnych celów, czerpanie z rozrzuconych, przeróżnych wysp. I z tego chaosu sklejanie własnego łańcucha uciech.

Brak oczywistego centrum, skąd wszystko bierze swój początek utrudnia, ale daje pewną wolność. Zresztą te centra migrują. Przenoszone są z miejsca na miejsce, w zależności od mód, pór roku czy decyzji miejskich architektów.

Magdalena Cielecka, Zrób to w Warszawie

Plac Zbawiciela

Topografię Warszawy mam zapisaną w genach. Już dawno oswoiłem się i pogodziłem z chaosem, jaki w niej panuje. Oprowadzając znajomych po mieście, na pewno zabrałbym ich na Saską Kępę, ale tę brutalniejszą jej część, czyli okolice ul. Międzynarodowej. I choć mieszkańcy ul. Francuskiej nie uznają tych rejonów, to jest to wciąż jedna i ta sama dzielnica. Na dodatek nieustannie się zmieniająca. Podczas spacerów często nie odnajduję już miejsc, skwerków, polan, na których z kolegami piliśmy colę czy wysadzaliśmy dezodoranty (dla niezorientowanych – to taka zabawa polegająca na wrzucaniu zużytych opakowań po dezodorantach do ognia). Teraz każde wolne miejsce zajmują deweloperzy. I nie przeszkadza mi to, dopóki nie zabiorą się za największą atrakcję, czyli ogródki działkowe. Taka polać zieleni w centrum miasta to ewenement godny ochrony. […]

Na dłużej zatrzymują mnie kameralne, magiczne zakątki, np. zagubione, zapomniane pasaże. Kiedyś odkryłem taki pasażyk przy ul. Lipskiej. Natrafiłem na niego przypadkiem. Składa się ze schodków, kawałka trawnika, jakiegoś cokoliku – wiem, że z opisu brzmi niepozornie, być może nieciekawie nawet, ale ja się w nim zakochałem. Takie zagubione miejsca sprawiają, że się uspokajam.

Macio Moretti, muzyk, współzałożyciel zespołu Mitch &Mitch, Zrób to w Warszawie

Lipska

Prawdziwych warszawiaków spotyka się… nie, nie na Pradze. Na Woli. A szczególnie w niedzielny poranek (chodzą słuchy, że od 6 rano) na bazarze Olimpia przy skrzyżowaniu al. Prymasa Tysiąclecia i Górczewskiej.

Po przejściu przez dziurę w płocie ujrzymy – w zależności od pory roku – błotne bądź kurzowe klepisko, na którym na rozwiniętych kawałkach zasłon czy ceraty rezydują kupcy tego najdziwniejszego bazaru. Sprzedają przegląd okolicznych śmietników i mieszkań: rzeczy praktyczne i kompletnie niepotrzebne, długo poszukiwaną część armatury z lat 80., zabawki, które pamiętamy z dzieciństwa, a z których wyrosły ich wnuki, czasem żyrandole z ich własnej kuchni, które zostały zainstalowane w wolskich lokalach robotniczych na początku lat 50., często pudła charakterystycznych wypłowiałych orwowskich fotografii po zmarłych dokumentujących czyjeś szczęśliwe i ważne życiowe momenty. Jest też przegląd stylów od PRL-u do dnia dzisiejszego.

Z toreb z ciuchami można wygrzebać najprawdziwsze gremplinowe dzwony, ale i odrzuty z supermarketowego działu tekstyliów. W pudłach z ceramiką znajdzie się i talerz z Włocławka, i plastikowa podróba kryształu.

Ceny są zwykle tak niskie, że sądzę, że sednem obecności handlarzy Olimpii w tym miejscu jest spotkanie towarzyskie: alkohol, kobiety i śpiew, plotki z osiedla. Niema obserwacja lub komentowanie klientów, a bywa, że ostre dyskusje polityczne. Dlatego też największa przyjemność, jaka płynie z wizyty na bazarze, polega na zbieraniu warszawskich typów ludzkich i kolekcjonowaniu zachowań, urywków dialogów, scenek obyczajowych, fragmentów historii…

Ula Śniegowska, kuratorka wystaw, Zrób to w Warszawie

Bazar Olmpia

Warszawę kocham miłością szczerą i głęboką, niemniej starcza mi dystansu, aby wiedzieć, że jest to miłość niczym do ukochanego, chorego pieska. Nasz jest słodziaczek, ale trudno wytłumaczyć przyjezdnym, czemu tak się zachwycamy tym kulawym, ślepym biedactwem, któremu należałoby raczej skrócić cierpienia. Oczywiście tłumaczymy, że wypadek, że weterynarz miał zły dzień, ale niewiele to zmienia: przed oczami gościa ogonem merda ten sam odrażający kundel.

Zygmunt Miłoszewski, pisarz, autor powieści Uwikłanie i Ziarno prawdy, Zrób to w Warszawie

Woronicza 17

Warszawa. Dziwne miasto. Nielubiane. Oskarżane. Zabałaganione. Odwrócone tyłem do rzeki. Miasto, którego miało nie być, a jest. Piękne. Dumne. Tajemnicze. Z atmosferą, jakiej nie można znaleźć nigdzie indziej. Pełne sprzeczności. Najciekawsze, kiedy puste, nad ranem albo w nocy. Magiczne.

Proponuję spacer o świcie od Wisły w górę ulicy Górnośląskiej. Strome podejście, po obu stronach przedwojenne domy. Skrzyżowanie z Wiejską. Po prawej Sejm, ale warto popatrzeć raczej w dół. Pod nogi. Pod drzewami, po chodniku, wzdłuż niskiego murku czasem biegają jeże.

A potem można przejechać się jednym z warszawskich mostów. Popatrzeć trochę na Wisłę, która niestety nie doczekała się żadnego porządnego zejścia, żadnego pomostu, ale często spektakularnie zalewa prawy brzeg.

Rowerem przez most Świętokrzyski. Do Syrenki. […] Na ulicę Solec 2 po czapkę. Na Tamkę, do Złotej Kaczki. Albo tramwajem przez most Poniatowskiego.

Z parku Skaryszewskiego, gdzie aktywni mogą pograć w tenisa, a trochę bardziej leniwi zjeść pyszne ciasta w Misiance. Warto stanąć w pierwszym wagonie tuż za motorniczym (który może też być kobietą). Popatrzeć, jak za jedyną wspaniałą polską Palmą zachodzi słońce.

A jeśli samochodem, to tylko wieczorem i tylko mostem Siekierkowskim. Jedna z najdłuższych prostych w mieście. I ograniczenie prędkości do 80 km na godz.!!! Chyba…

A w letni dzień, śladami mojego dzieciństwa, zapraszam aleją „Solidarności” do placu Bankowego. Po drodze na rogu z Orlą jest cukiernia. Mata, ale pierwsza, którą pamiętam. Dwadzieścia lat temu były tam pyszne lody. Przez plac do Ogrodu Saskiego. Koniecznie powinno się zabrać pokrojoną bułkę w papierowej torebce, bo w stawie pływają zawsze głodne kaczki. Dalej niedaleko Grobu Nieznanego Żołnierza fontanna. W dzieciństwie w upalne dni biegałam z siostrą dookoła, próbując dogonić bryzę. Czasami się udawało i wracałyśmy do domu mokre.

I na koniec obowiązkowo bazar na placu Szembeka. Nie w nocy, nie o 5 rano, ale w środku dnia. Zawsze tłoczno i głośno, ale za to bardzo smacznie.

Agnieszka Grochowska, aktorka, Zrób to w Warszawie

Złota Kaczka Tamka

Warszawa to miasto wymagające. Tu przyjemności bycia w mieście trzeba sobie poszukać, może nawet trzeba na nią zasłużyć albo ją dla siebie wymusić. Na każdym kroku przydaje się wyobraźnia, bez niej można srodze się co do Warszawy pomylić, jak ci internauci jednego z portali turystycznych, którzy uznali Warszawę za jedno z najnudniejszych miast w Europie. A to dopiero! Tu nudziarze się nudzą!

To jest miasto z kłębowiskiem tajemnic, z przeszłością skomplikowaną i straszną, z mnóstwem problemów. Owszem – trudne, ale fascynujące.
Na przykład możliwością snucia domysłów: a jak będzie wyglądało niebawem?

Bogna Świątkowska, Fundacja „Bęc Zmiana”, Zrób to w Warszawie

Alternatywy 4

Warszawa to miasto fantomowe – tu fascynujące jest wszystko to, co przeminęło, co zostało zburzone lub rozebrane, co zachowało się w pamięci oraz w opowieściach mieszkańców. Tutaj żyje się bolesnymi wspomnieniami wyidealizowanej przeszłości, na drugim planie stawiając teraźniejsze niedogodności. Warszawa dzisiejsza nie jest miastem pięknym, łatwym do obfotografowania, do szybkiego i powierzchownego zwiedzania.

W swojej brzydocie kryje przerażającą, mroczną i heroiczną historię. Urzeknie tych, którzy studiując jej niezabliźnione rany, cierpliwie poznawać będą jej przeszłość. Odrzuci zaś szukających tradycyjnego, europejskiego miasta z malowniczymi zabytkami, sympatycznymi mieszkańcami oraz bogatą turystyczną infrastrukturą.

Warszawa może fascynować swoją odmiennością, ale może też do siebie zniechęcać. To miasto pełne paradoksów, sprzeczności, absurdów i silnych kontrastów. Nielicznie ocalałe kamienice z XIX wieku obok strzelistych wieżowców z betonu i szkła, kapliczki i figurki świętych w śródmiejskich podwórkach obok rewirów warszawskich prostytutek, szpetne blokowiska z wielkiej płyty obok rozległych enklaw pięknej zieleni. Pomniki bohaterów obok krzywych chodników i dziurawych jezdni. To miasto, którego się nienawidzi za to samo, za co się je kocha – za głupi romantyzm i rewolucyjny charakter, za skłonności autodestrukcyjne i fatum historii, za chaos i brak organizacji, za urzędnicze niedołęstwo i cwaną zaradność mieszkańców. Niełatwo jest zareklamować taką stolicę odwiedzającej nas rodzinie, a co dopiero zagranicznym turystom. Dlatego oprócz zwiedzania nielicznych zabytków trzeba koniecznie wkręcać przyjezdnych w codzienne życie mieszkańców. Opowiadając o martyrologii, kontrapunktować atrakcjami dnia codziennego w myśl zasady „tu się nie zwiedza, tu się żyje!”.

Marta Tychmanowicz i Marek Włodarski, Babaryba.pl, Zrób to w Warszawie


KOCHAM MOJE MIASTO

Dobrze, powiem prawdę. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy kocham Warszawę.

Tu urodziła się moja babcia, moja matka, tu urodziłem się ja i mój brat, a potem jego syn. Tu spędziłem dzieciństwo, tu chodziłem do szkoły, z której urywałem się na wagary do kina, jeździłem na działkę do dziadków. I Warszawa to był dla mnie głównie ten okres – sklejania modeli, zjeżdżania na sankach, pisania pierwszych programów komputerowych. Potem się przeprowadziliśmy z rodzicami i było już inaczej, ale nie zastanawiałem się, co tak naprawdę się zmieniło, życie po prostu płynęło dalej. W pewnym momencie poznałem rudowłosą dziewczynę i stwierdziłem, że mój dom będzie tam, gdzie ona. Los pokierował nas na Wolę, dla mnie zupełnie nieznane tereny, ale szybko się tu zadomowiłem. Przyzwyczaiłem się, że wszędzie mamy stąd blisko – przynajmniej tam, gdzie lubimy bywać – czyli blisko do kina, na plac Teatralny, na bulwary, do parku Moczydło. I nawet nie sądziłem, że tak szybko się zadomowię i polubię tę dzielnicę. Ale okazało się, że kocham Warszawę też za moją dawną dzielnicę – Ursynów. Nie wiem, czy na całym świecie jest drugie tak zakręcone miejsce. Może tylko w Japonii numeracja domów jest jeszcze bardziej skomplikowana.

Zdecydowanie mogę powiedzieć, że kocham Warszawę za Pałac Kultury i Nauki. Nie umiem sobie wyobrazić bez niego krajobrazu Warszawy. Za każdym razem, gdy go mijam, mam wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu, działa to jakoś uspokajająco w tym zabieganym, zwariowanym świecie.

Kocham moje miasto za to, że dało mi możliwość wypracowania sobie codzienności, na którą tak naprawdę nawet nie liczyłem. Los był dla mnie jednak łaskawy. Nie sądziłem, że będę miał miejsce, które będę mógł nazwać moim domem, że będę miał swoje ulubione sklepy spożywcze, że będę wiedział, gdzie kupić nasz ulubiony ryż do risotto, a gdzie dostanę pieprz cytrynowy. Że nadejdzie moment, w którym nie będę musiał się codziennie zastanawiać, gdzie zaparkuję samochód. Że będę widział drzewa z okien mieszkania na piętrze. Że będziemy mieli nasz skwer, na który można się wybrać z kijami do nordic walking o 1 w nocy.

Czasami człowiek musi mieć coś wypisane wielkimi, świecącymi literami, żeby coś zrozumieć. A czasami musi uciec i mieć na tyle farta, żeby okazało się, że jednak ma do czego wracać. Zacząłem wreszcie zauważać rzeczy, które do tej pory tylko mijałem. Kocham moją żonę za to, że kocha nasze miasto i pokazała mi to miasto na nowo, dzięki czemu i ja mogłem je pokochać.


Warszawę noszę w sercu od zawsze. Zapewne lwia część owego stanu bierze się po prostu z faktu, że się tu urodziłam, odruchowo bronię więc swoje gniazdo, gdy ktoś je opluwa i wyśmiewa. Ale gdy głębiej się nad tym zastanowię, czuję, że to coś więcej, niż tylko miejsce urodzenia. A co? No cóż, trudno o tym opowiedzieć, nie przekraczając granicy banału i frazesu. Równie trudno dzielić się tym, co intymne i dobrowolnie narażać się na kpinę i bezceremonialne zdeptanie serca. Dlatego nie opowiem o wszystkim – nie ma takiej opcji.

A o czym mogę opowiedzieć?

Bardzo lubię wyskoczyć z mężem od czasu do czasu gdzieś za miasto, do lasu, albo nawet i do innego miasta, gdzie też są korki, też jest smog i też można zobaczyć bardzo ciekawe miejsca. Pojadę, zobaczę, dotknę, pomyślę, zrobię zdjęcie (którego nigdy potem i tak nie obejrzę), ale to dopiero, gdy w drodze powrotnej widzę Pałac Kultury i Nauki, jestem naprawdę szczęśliwa, bo czuję, że wracam do domu. Bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Od ponad 13 lat moje życie toczy się głównie po lewej stronie Wisły w maleńkim mieszkaniu na Woli, wśród drzew, wśród śpiewu ptaków, wśród świerszczowej muzyki i włażących do mieszkania zielonych koników, które skaczą po kołdrze i są przyczyną budzenia sąsiadów o 3 nad ranem. Z okien tego mieszkania widzimy napis KOCHAM WARSZAWĘ (chyba że drzewa pokryte są liśćmi) – patrzę na ów przesuwający się napis i myślę, że to prawda. Tak, kocham Warszawę. Kocham moje miasto.

Kocham je rano, gdy mogę obserwować płynące po niebie chmury i słuchać szumu liści szumiących na wietrze. Kocham je wieczorem, gdy zachodzące słońce ukrywa wady, a uwypukla zalety. Kocham to miasto za to, że nigdy nie jestem w nim sama, a jednocześnie mogę zachować pełną anonimowość wśród tłumu. Kocham Warszawę za to, że nazywają ją śmietnikiem architektonicznym. Bo co? Bo miasto powinno mieć spójną zabudowę i jeden cel? Warszawa to mozaika, to kapa patchworkowa, to puzzle, które jakimś cudem do siebie pasują, mimo że na każdym z nich znajduje się inny obrazek. Warszawę kocham za to, że jestem tu jednocześnie mieszkańcem i turystą. Sądzę, że nigdy nie przestanie mnie zadziwiać i nigdy też nie wyczerpią się miejsca, które mogę zobaczyć, poznać, wchłonąć.

Kiedyś bardzo irytowały mnie wieczne utyskiwania i wytykanie niedostatków miasta. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej – widzę, że dzieją się rzeczy dziwne, być może nawet rzeczy złe, ale zamiast tworzyć antywarszawskie knucia, obserwuję z uwagą i patrzę, co można jeszcze w teorii zepsuć, aby w praktyce uczynić to miasto jeszcze bardziej unikatowym, jeszcze bardziej odmiennym, dziwacznym, niewpisującym się w trendy. Park Centralny przy pl. Defilad? Ależ proszę uprzejmie, chętnie na własnych płucach przetestuję, czy będzie w stanie zniwelować warszawski smog. Niepalna tęcza przy pl. Zbawiciela? Szkoda, że to tylko chwyt reklamowy, do tego efemeryda. Wyburzanie starych kamienic, żeby na ich miejscu postawić wieżowiec? Chyba jednak zbyt dużo szumu, a zbyt mało działania tych wszystkich konserwatorów zabytków i varsavianistów, skoro projekt doszedł jednak do skutku. Prawda?

Kocham moje miasto za to, że nie poddało się i powstało jak Feniks z popiołów; że dane mi było chadzać na seanse do Feminy; że nazwę Placu Wilsona wymawiam przez „w”; że nigdy nie wsiadłam do dorożki na Starówce; że gdy wysycha Wisła, na dnie rzeki znaleźć można nie tylko tonę śmieci, ale i prawdziwego smoka.

Kocham moje miasto, bo jest moje, a ja jestem jego i oddałam mu się całym sercem.

Kino Femina

Nie, nie będziemy Was pytać, za co Wy kochacie Wasze miasto.
Dlaczego? Bo nie mamy ochoty usłyszeć, że tylko z przyzwyczajenia albo kredytowego przymusu.
Kochajcie więc sobie Warszawę po Waszemu (albo i nie kochajcie wcale), a nam pozwólcie po VarSavsku.




2 Responses

  1. lavinka

    Szczepkowska pośpieszyła się z tym komunizmem. Tylko przyjął nowe, agenturalne formy ustalone w Magdalence. Ale to wyszło dopiero po latach. Ech, pamiętam czołgi jadące do huty, pamiętam pałowanie demonstrantów. Za co oni cierpieli, za tę watahę karierowiczów i sprzedawczyków, którzy w 89 roku dorwali się do władzy. Ech, szkoda słów.

    • Vars_i_Sava

      Byliśmy wtedy dziećmi, więc trudno nam zabierać głos w tej sprawie, ponieważ byłoby to po prostu nierzetelne.

      VarSavskie pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.