Kroniki Słonimskiego: Przytakiewicze, Protestowicze i Pytlasiewicze

Kroniki Antoniego Słonimskiego nawet tuż przed wojną pełne były ironii, sarkazmu i dowcipu. W ten właśnie sposób autor przeciwstawiał się cenzurze i ograniczeniom. W cyklu VarSavskie Dekady czas na serię POZNAJEMY WARSZAWĘ POPRZEZ KRONIKI. Tym razem na tapet poszli Przytakiewicze, Protestowicze i Pytlasiewicze, i których kronikarz pisał 11 czerwca 1939 roku.

Przytakiewicze, Protestowicze i Pytlasiewicze


Tematyka Kronik z lat 1936-1939 w zasadzie nie odbiega od tych, które powstały wcześniej. Można jednak dostrzec zmiany, przy czym rok 1936 nic stanowi tutaj cezury, Mamy raczej do czynienia z dalszym etapem ewolucji, której początki tkwią we wczesnych latach trzydziestych, przejawem wpływu na postawy Słonimskiego sytuacji politycznej w Polsce i w Europie .

Wydarzenia, do których doszło później, a więc śmierć Marszałka Piłsudskiego oraz uchwalenie Konstytucji kwietniowej, przesądziły o rozejściu się dróg felietonisty i obozu pomajowego. Piłsudczycy bez Piłsudskiego szybko wzięli kurs na prawo, uzupełniając swój program o hasła obce duchowi Kronik i ich Autorowi. Nacjonalizm, kult siły i zwieranie szeregów, nawet jeśli uzasadniane zmieniającą się na niekorzyść Polski sytuacją międzynarodową, nie były tym, co choćby w najmniejszym stopniu mogło pociągać Słonimskiego.

Czy można zatem powiedzieć, że na kilka lat przed wojną Autor Kronik przeistoczył się z recenzenta władzy w jej zdeklarowanego przeciwnika? Jeśli stał się oponentem sanacji, pozostając przeciwnikiem nacjonalistycznej prawicy, to z pewnością dbającym o to, by być postrzeganym jako ten, który zawsze mówi wyłącznie we własnym imieniu. Nadal starał się dawać wyraz swemu indywidualizmowi i niezależności, coraz trudniej było mu jednak pisać o tym wszystkim, co uważał za ważne.

Czytając felietony Słonimskiego powstałe w końcu lat trzydziestych, wypada pamiętać o tym, czego w nich, nie przez przeoczenie przecież, nie ma. A nie ma choćby zdecydowanej reakcji na dekret prasowy Prezydenta RP z roku 1938, oddający administracji państwowej niemal pełną kontrolę nad dziennikami i czasopismami. Nie ma również stanowczego oporu wobec innych prób totalizowania i brutalizowania życia w Polsce, na przykład sprawy Stanisława Cywińskiego, profesora Uniwersytetu Stefana Batorego, oskarżonego o zniesławienie Marszałka Piłsudskiego,pobitego przez oficerów garnizonu wileńskiego, a następnie wyrokiem sądu skazanego na karę więzienia.

[…] pisać o tym, o czym chciał, po prostu nie mógł. W drugiej połowie lat trzydziestych władze sięgnęły po cenzurę prewencyjną, nie chcąc zostawiać śladów swojej zapobiegliwości w tropieniu wszystkiego, co wydawało się sprzeczne z racjami uchodzącymi za nadrzędne. Za te praktyki płacił Słonimski wymierną, wysoką cenę. Odbierały jego pisarstwu impet polemiczny, zmuszały do posługiwania się delikatniejszymi aluzjami, niekiedy do rozmywania felietonów sprawami drugorzędnymi i nieporuszania tematów szczególnie drażliwych.

Felietony Słonimskiego z lat 1936-1939 uznać można, w przeciwieństwie do powojennych zarzutów i mimo ich wymuszonej niekiedy gładkości, za zwieńczenie tego, co składało się na istotny sens Kronik nie tylko dlatego, że ich kresem, tak jak kresem II Rzeczypospolitej był Wrzesień 1939. W tym czasie przyszło Słonimskiemu, mimo szeregu ograniczeń, dawać wyraz swoim niezmiennym przekonaniom w warunkach nieporównywalnie trudniejszych od tych w jakich rozpoczynał przygodę z felietonem. Nie zgadzał się – czego nie ukrywał – z polityką wewnętrzną spod znaku Obozu Zjednoczenia Narodowego, hołdującą rozwiązaniom autorytarnym. Nie potrafił ani zrozumieć, ani zaakceptować powodów utrzymywania poprawnych do początku roku 1939 stosunków z III Rzeszą. Miał zatem przeciw sobie władzę i nacjonalistyczną prawicę, a także nastroje części społeczeństwa. Ich wyrazem, co sam wielokrotnie odczuwał, był wzrost ksenofobii i postaw antysemickich, nie objawionych przecież w Polsce właśnie wówczas, jednak powszechniejszych i wyrażanych w formach znacznie ostrzejszych niż w końcu pierwszej dekady niepodległości.

[…] nie ulega wątpliwości, że Kroniki pojmować można szerzej i że zasługują na coś więcej.Tak, z całą pewnością są świadectwem stanu kultury międzywojnia, są także dokumentem epoki, ale są również zapisem zasad o niewzruszonym wciąż znaczeniu.

Rafał Habielski

Fragmenty ze Słowa wstępnego do Kronik tygodniowych 1936-1939 Antoniego Słonimskiego, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2003, ss. II-V.


KRONIKI SŁONIMSKIEGO: Przytakiewicze, Protestowicze i Pytlasiewicze

Warto by wprowadzić do naszego słownika wyrażenie „yesman”. Jest to ktoś zawsze przyznający rację, zawsze zgodny. Można by nazywać takich ludzi „przytakiewiczami”. Przeciwieństwem „przytakiewicza” jest „protestowicz”, który każde zdanie rozpoczyna od słów: „ależ nic podobnego”. Ludziom zajmującym się zdrowiem i chorobami naszej mowy terminologia taka może oddać liczne przysługi. Istnieją również „przekręcewicze”, ludzie dotknięci pozornie niewinnym nałogiem żartobliwego przekręcania słów. Rozmawiałem niedawno z pewnym „przekręcewiczem”. Spytał mnie: „Co pan porybia?”, potem dodał: „Czy pan często chadzi do tyjatru?”, a na pożegnanie powiedział: „Czekam na pański telifon”. Długo będzie czekał. „Przytakiewicz” jest zwykle świnią, która chorobliwie nie znosi atmosfery niezgodnej. Przytakuje bez powodu, bez pytania, by przytakiwać, a oczami obszczeka. „Protestowicz” jest megalomanem. Zawsze wie lepiej, zawsze ma najlepsze informacje. Gdy ktoś powie, że do Lwowa jest trzysta kilometrów, „protestowicz” powie: „Nic podobnego, co najmniej trzysta dziesięć”. „Przytakiewicza” nic właściwie nie obchodzi, nic sam nie wie i aprobuje z radością każde zdanie. „Protestowicz” każdą rzecz studiował. Gdy mowa o czyjejś chorobie, okazuje się, że „protestowicz” był dwa lata na medycynie, gdy mowa o kwiatach – okazuje się, że był dyrektorem „New Garden”, gdy mowa o tramwajach – okazuje się, że był dwadzieścia lat konduktorem. Istnieją też typy mieszane. Najstraszniejszy jest „protestowicz-przekręcewicz”. Zaczyna każde zdanie od słów: „pan się meli”. Każdy z tych gatunków ma swoje odmiany łagodne lub bardziej zjadliwe. Do podgatunków łagodnych należy „Żyd-wieśniak”, Izraelita, który zaprasza do siebie na wieś na „zsiadłe mliko”. Do najgroźniejszych należy „przekręcewicz istotny”, czyli przekręcający nie słowa, ale fakty. Warto też wspomnieć o „pytlasiewiczach”, o ludziach pytlujących chorobliwie, namiętnie, nieopanowanie, by pytlować, aby na chwilę nie mieć gęby zamkniętej. Nie trzeba dodawać, że tu wszystkie rekordy należą do kobiet, a zwłaszcza do pewnego typu kolorowych Żydówek wysiadujących po kawiarniach. Pewien klasyczny „pytlasiewicz”, który golił się u mojego fryzjera, zabawiał mnie rozmową z sąsiedniego fotela i z przerwami, lekceważąc sobie ewentualność straty kawałka nosa, wysylabizował mi wiadomość, że pewien pan, którego nie znam, wygrał na loterii stawkę. „Pytlasiewicze-przekręcewicze” najlepiej nadają się do kolportowania plotek. W ostatnim tygodniu krążyło po Warszawie parę kretyńskich plotek. Ktoś – nie wiadomo, z jakich, ale z dość nikczemnych powodów – puścił płochę, że zabito pewnego dyrektora teatru satyrycznego, że oddano pod sąd pewnego karykaturzystę i że uwięziono w Paryżu pewną aktorkę. „Pytlasiewicze” złapali ten smakowity kąsek i dalej pleść jęzorami. „Przytakiewicze” potwierdzali tę wiadomość z poważną miną, a „protestowicze” twierdzili, że „nic podobnego” – wszystkie te osoby są już „dawno rozstrzelane”. „Pytlasiewicz” nie zastanawia się przez chwilę, wystarczy mu, że słyszał „z dobrego źródła”. Nagle Polska staje się dla „pytlasiewicza” operetkowym Meksykiem, brat rodzony – Kubą-rozpruwaczem, bo słyszał to z „dobrego źródła”.

Straszne jest ludzkie pytlowanie. Czytelniku, czy słyszysz w cichy świąteczny wieczór wiosenny monotonny szum, oddalony gwar, zgiełk, jazgot i bełkot? To nie samochody, bo mało mamy samochodów w Warszawie, to nie tramwaje, to nie dorożki. To „pytlasiewicze”. Mówią, mówią, mówią. Że Spuścińska chodzi z Pitusińskim, że Pitusińska siaduje tylko z Kapuścińskim, że Bimbalewicz zgubił szelki, że Cymbalewicz ma dziurę w skarpetce, że Pińkusówna dzwoniła do Fajtbluma, ale jego nie było w domu. Nie myślcie, że pp. „Pytlasiewicz”, „Przytakiewicz”, „Przekręcewicz” i „Protestowicz” działają tylko prywatnie. Znajdziesz ich, czytelniku, w każdej gazecie, w każdej polemice, w każdej rewelacji brukowego pisemka. „Pytlasiewicze” piszą o byle czym. Są to specjaliści od zapychania pism jałowymi rozważaniami na błahy temat. „Przytakiewicze” wypisują codziennie porcję grzecznościową, wyrażają uznanie, zgodę, afirmują, potwierdzają, dodają głosy, które padły w wyborach i suma zawsze się zgadza nie tyle ze staniem istotnym, ile z ich „Przytakiewiczów” aktualnymi poglądami politycznymi. „Przytakiewicze” używają tylko słów godnych i napuszonych. Wystawienie operetki jest dla nich „chlubnym wysiłkiem”, przegranie meczu tenisowego – „potężną manifestacją tężyzny narodowej” (autentyczne). „Przekrę-cewicze” pracują jako satyrycy i humoryści. Piszą co niedziela w brukowych pisemkach wierszyki o tym, że Czechosłowacja jest Pechosłowacją, że polityka niemiecka jest „ciągnięta za Włochy” (sic! sic! autentyczne), że Niemcy chcą „autostraty”. „Protestowicze” piszą codziennie, że w ogóle wszystko jest inaczej, że Stalin jest hitlerowcem, Hitler komunistą, Gałuszka poetą, że nic się w Polsce nie liczy, bo sejm, bo wybory, bo Kiernik. „Przytakiewicz-przekręcewicz” ryczy od rana, że tylko Ozon, że bez Ozonu nie było pór roku, wiosny, prawa grawitacji i Hrabyka.

Czytelniku, zmęczony pytlowaniem ludzkim i drukowanym w setkach tysięcy bełkotem dziennikarskim, zatkaj sobie uszy. Oddziel się od tego jarmarku tanich słów chwilą milczenia. Postaraj się myśleć w ciszy, nie daj sobie narzucić tego oszalałego tempa rozpętanej ludzkiej gadatliwości. Ale nie łudź się, że gdzie indziej na świecie jest lepiej. Nie uciekniesz przed tym szumem wezbranej głupoty. Dogoni cię na szczytach górskich i zagłuszy wrzaskiem radia na środku oceanu. Wielkiej dziś trzeba odporności psychicznej, aby w tym maglu wszechświatowym, aby w tym tłumie, gdzie Bóg pomieszał języki, zachować myśl trzeźwą i samodzielną.

Słonimski, A., Kroniki tygodniowe 1936-1939, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2003, ss. 369-370.



Słonimski, A., Kroniki tygodniowe 1936-1939, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2003.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.