Warszawa śladami bohaterów powieści Ucho od śledzia Hanny Ożogowskiej

wpis w: Książki | 0

Ucho od śledzia Hanny Ożogowskiej to zdecydowanie jedno z lepszych skojarzeń, jakie przychodzą mi do głowy. Przynajmniej w moim świecie. Jest to książka mojego dzieciństwa, mojej młodości, całego mojego życia. Pięćdziesięcio-, czterdziesto-, może jeszcze i trzydziestolatki książkę dobrze znają i wracają do niej, choćby we wspomnieniach, z rozczuleniem, wśród obecnej młodzieży raczej nie byłaby już bestsellerem, zgodzicie się? Powojenna rzeczywistość i powiedzonka, które trącą myszką (tytułowe ucho od śledzia jest jednym z nich) kontra Harry Potter? Już około 10 lat temu mój brat, mający wówczas lat 12, z trudem przebrnął przez młodzieżowy język z lat 60 – o wiele bardziej przypadły mu do gust powieści Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk (którą i ja uwielbiam! Nowa Cukiernia, aaaaaa!!!) Ale w wieku Młodego zaczytywałam się powieściami Ożogowskiej, które były dla mnie punktem odniesienia, mimo że od świata przedstawionego w ksiażkach dzieliło mnie wówczas 30 lat. Dziś dzieli ponad pół wieku, a nadal czuję, że tamten świat jest mi bliższy niż ten, w którym przyszło mi żyć. CXIX Akcja GTWb – Z Warszawą w tle – zachęciła nas do wycieczki po Warszawie śladami bohaterów powieści Ucho od śledzia w ramach cyklu POZNAJEMY WARSZAWĘ POPRZEZ KSIĄŻKI. Była to dla mnie nostalgiczna podróż po odradzającej się po wojnie stolicy – w podróż tę zabrałam mojego męża, a teraz zapraszam i Was.

 

Ucho od śledzia

 

WYRUSZAMY NA WYCIECZKĘ

Aby lepiej wczuć się w klimat wycieczki, najpierw, rzecz jasna, proponuję sięgnąć po książkę. Obecnie jest dostępna nie tylko w formie papierowej, ale także elektronicznej i jako audiobook, jest więc w czym wybierać. Przygotowaliśmy sobie listę miejsc do odwiedzenia, a że było ich całkiem sporo, podróż między jednym a drugim punktem umilaliśmy sobie słuchaniem powieści, którą jest dostępna TUTAJ.

 

HANNA OŻOGOWSKA UCHO OD ŚLEDZIA

Ucho od śledziaHanna Ożogowska pochodziła z Warszawy, była pisarką, poetką i tłumaczką z rosyjskiego, niemieckiego i włoskiego. Do dziś wymieniana jest wśród najpopularniejszych autorek książek dla młodzieży.

Ucho od śledzia wydała po raz pierwszy Nasza Księgarnia w 1964 roku. Od tamtej pory powieść była wielokrotnie wznawiana. 

Mój egzemplarz z wydawnictwa Siedmioróg kupiłam za własne oszczędności w 1991 r., miałam wtedy 11 lat. Powieść tę wybrałam ze względu na ogromną sympatię do innej książki Hanny Ożogowskiej – Głowy na tranzystorach. Co prawda niezbyt podobała mi się żółta okładka, ale gdy zobaczyłam kreskę Gwidona Miklaszewskiego, wiedziałam, że muszę mieć tę powieść! (Co ciekawe, w wydaniu z Kolekcji jubileuszowej rysunki Miklaszewskiego są zupełnie inne). I odtąd Ucho od śledzia towarzyszy mi nieustannie: przetrwało wszystkie przeprowadzki, wyjechało ze mną na kilka lat do Włoch, zniosło nawet kąpiele w wannie i zalanie herbatą. Pewnie wstyd się przyznawać, ale to jedna z lepszych książek towarzyszących przy jedzeniu, nosi więc ślady niejednej uczty. Kto by zresztą nie był głodny, gdy Michał opowiada o jajecznicy na boczku, a pani Aniela dorzuca do tego przysmażone rumiane kartofle?! Mój egzemplarz nie prezentuje się więc najpiękniej, trzeba to sobie otwarcie powiedzieć, jednak jest podsumowaniem całego mojego uwielbienia dla talentu Hanny Ożogowskiej i dowodem na sentyment, jakim do dziś darzę tę powieść. Egzemplarz ten zaczytany jest niemal na śmierć. Mogłabym, rzecz jasna, nabyć nowsze wydanie, ale nigdy tego nie zrobię. Ucho od śledzia ukochałam właśnie w takiej postaci, jakie jest i nie zamieniłabym go na inne, mimo że wydanie Naszej Księgarni bardziej przypadło mi do gustu wizualnie, przyznaję. Obecnie można wyszperać w Internecie lub antykwariacie konkretne wydania, aby kolekcja prezentowała się jednolicie. Kiedyś człowiek cieszył się z tego, że w ogóle dorwał książkę w księgarni albo na czarnym rynku, moja kolekcja Ożogowskiej prezentuje się wiec tak, że każdy egzemplarz jest z innej parafii. Ale nie przeszkadza mi to, ponieważ z każdym z tych wydań wiąże się oddzielna historia, która nie byłaby tak wzruszająca, gdybym kupiła jakiś zgrabny pakiecik na Allegro.

Warszawa jest tłem do kilku powieści Hanny Ożogowskiej, postanowiłam zacząć jednak od mojego ukochanego Ucha od śledzia i wciągnęłam do tego pomysłu męża. Vars przegapił, niestety, Ożogowską w dzieciństwie, ale nic straconego – nadrobiliśmy już większość powieści, czytając wspólnie. Vars czyta, a Sava słucha, leżymy pod kocykiem, popijamy herbatkę, nadrabiamy albo przypominamy sobie rozmaite tytuły, a także poznajemy nowe. To świetny pomysł na spędzenie jesiennych wieczorów, gdy deszcz stuka o szyby.

Mamy nadzieję, że nie ma nikogo, kto nie znałby tej książki, ale gdyby jednak znalazł się ktoś taki, to powiemy pokrótce, że akcja powieści Ucho od śledzia umiejscowiona jest w Warszawie gdzieś na początku lat 60. – świadczy o tym, chociażby, działający już Most Gdański, który został oddany do użytku w 1959 r. Pod dachem zniszczonej kamienicy, która cudem ocalała wojenną pożogę, mieszka wspólnie kilka rodzin, pies, kot, kanarek i białe myszki. Miejsca mało, ludzi, zwierząt i codziennych problemów dużo, zbyt dużo. W oczekiwaniu na przydział nowych mieszkań, które budowane są na Powiślu, mieszkańcy co chwilę wchodzą sobie w drogę. Naturalną koleją rzeczy są zatem nieustanne konflikty. Jako że jest to powieść pisana z myślą o młodzieży, mikroświatek kolorowej kamienicy poznajemy oczyma trojga młodych bohaterów: czternastoletniego Michała, który zmuszony był opuścić Łódź i zamieszkać w Warszawie z wujkiem (który od czasu do czasu lubi sobie chlapnąć), ponieważ swarliwy charakter chłopca powodował problemy w szkole i wieczne przepychanki z ojczymem; dwunastoletniego Witka, skromnego, inteligentnego, spokojnego chłopca, któremu imponuje nowy kolega, mocny w gębie i garści; oraz czternastoletniej Agnieszki, spokrewnionej ze znerwicowaną nauczycielką, panią Tołłoczko. Dziewczynka uciekła z Rzeszowa od krewnych, u których zmuszona była mieszkać po śmierci rodziców. Agnieszka planuje zdawać do Liceum Pedagogicznego, żeby zostać nauczycielką jak ciotka. Ma ku temu znakomite predyspozycje, potrafi łagodzić konflikty między mieszkańcami kamienicy i – w przeciwieństwie do raptownego Michała – cierpliwie tłumaczy Witkowi materiał, z którym chłopak ma problemy. Oprócz wspomnianych bohaterów jest także rodzina Witka – zrzędliwa matka, potulny ojciec i młodszy brat Henio; sympatyczna, okrąglutka pielęgniarka Aniela, opiekująca się równie okrąglutkim psem Pimpusiem, a także państwo Szafrańcowie, starsze małżeństwo, dawni właściciele budynku. Pani Szafrańcowa utyskuje na obecny stan rzeczy, nazywa współmieszkańców sublokatorami, wspomina niegdysiejszy piękny wystrój kamienicy i opłakuje syna, którego zabrała wojna. Pan Szafraniec, oaza spokoju, karmi kanarka i podlewa kwiaty na balkonie. W każdym z pomieszczeń zrujnowanego, przepełnionego domu w Warszawie nad Wisłą, w którym doskwiera brak pralki, lodówki, telewizora i telefonu, autorka umieściła cały kalejdoskop charakterologiczny, a codzienne sytuacje posłużyły jako tło do przemycenia cennych, życiowych porad, jednak (na szczęście!) bez natrętnego tonu dydaktyzmu.


UCHO OD ŚLEDZIA Z WARSZAWĄ W TLE

Warszawa jest ważnym elementem powieści. Bywa, że pojawia się dosłownie w jednym zdaniu, niemniej stanowi świadectwo odbudowującej się po wojnie stolicy.

– Tyle nowych domów! Tyle ludzi mieszka w tej Warszawie! A tatuś mówił, że kiedy po wojnie tu przyszedł, to była jedna wielka ruina. Gruzy i gruzy. Tego mieszkania u Szafrańców tak mu zazdrościli, jak nie wiem co. Jakby to było wielkie szczęście.

– Wtedy to było szczęście. A teraz nieszczęście.

– Dlaczego?

– Dlatego, że ta rudera kupy się jeszcze trzyma. Gaz jest. Elektryczność jest. Łazienka i ubikacja z przepychem…

– Z jakim znowu przepychem? – Witek podejrzliwie patrzył na przyjaciela.

– Nie kapujesz? Z tym do przepychania – śmiał się Michał. – Luksusowe mieszkanie, może nie?

 

Hanna Ożogowska Ucho od śledzia, Wydawnictwo Siedmiogród, Warszawa 1991, s. 105.


DOM PRZY UL. BOLEŚĆ 24

Zniszczona kamienica mieściła się w powieści przy ul. Boleść 24. Zawsze sobie wyobrażałam, że Michał i ferajna mieszkali w Starej Prochowni. Ulica się zgadza, część numeru także, budynek stoi bowiem przy ul. Boleść 2, na dodatek ma za sobą bogatą historię. Kiedyś była to Baszta Mostowa, służąca jako brama wjazdowa na drewniany most Zygmunta Augusta. Za przeprawę pobierano opłatę. Potem mieściła się tam składowania prochu – ponieważ most uległ zniszczeniu, brama również nie miała racji bytu, dlatego też ją zamurowano. Z biegiem lat okazało się, że prochownia nie może istnieć w tym miejscu, ponieważ było to zbyt niebezpieczne dla mieszkańców. Zamiast niebezpiecznego prochu, zaczęto tam zamykać mniej i bardziej niebezpiecznych ludzi, budynek został bowiem przerobiony na więzienie, ale gdy wybudowano Pawiak, przekształcono go na kamienicę czynszową. Warszawiacy jednak dalej określali więzienia mianem prochowni. W czasie wojny budowla uległa zniszczeniu, przeszła też pożar, ale mury ocalały, dlatego tym łatwiej wyobrazić sobie, że po wojnie mieszkali tu bohaterowie powieści. W latach 60. budynek został wyremontowany, a w 1972 roku rozpoczął w nim działalność Teatr Prochownia. Obecnie to miejsce wydarzeń i edukacji kulturalnej, w szczególności na uwagę zasługują odrestaurowane Piwnice Staromiejskie

Przed wojną powieściowa kamienica była dumą ich właścicieli. Potem stała się zbiorowiskiem klamotów, o które obijali się zbyt liczni mieszkańcy. Budynek budzi jednak ogromny sentyment. Nie umiem się pogodzić z myślą, że po przeprowadzce bohaterów książki, kamienica miałaby zostać wyburzona. Wolę myśleć, że została wyremontowana i powstał w niej teatr.

Tu właśnie, pod skarpą, stał kiedyś duży, ładny dom. Ale to było dawno, przed wojną. Po wojnie zostały tylko nędzne resztki, ruina właściwie, i przechodzący Wybrzeżem Gdańskim ludzie nie przypuszczaliby nawet, że dom jest zamieszkany, gdyby nie kilka oszklonych okien na pierwszym piętrze. Ktokolwiek je zauważył, a dojrzał jeszcze w jednym z nich kwitnące obficie różowe pelargonie, wzruszał ramionami i mówił:

– Trzeba odwagi, żeby tu mieszkać!

Rzeczywiście. To, co zostało po okazałym niegdyś domu, budziło lęk. Strzaskane drugie i trzecie piętro, z wiszącymi wklęsło stropami, nasuwało obawę, że wszystko to runie za chwilę. Wypalony, okopcony parter straszył rozwaloną bramą, ział czarnymi otworami okien.

Przed wojną ludzie żyli tu bardzo wygodnie. Duże mieszkanie na pierwszym piętrze – cztery pokoje z kuchnią i służbówką – zajmowali właściciele domu, państwo Szafrańcowie. A czego w tym mieszkaniu nie było! Do dziś pani Leontyna z największą przyjemnością opowiada, jakie to meble, obrazy i różne drogocenne przedmioty mieli u siebie.

Tylko opowiadać może, bo po dawnej świetności nie zostało prawie nic, jeżeli nie liczyć kilku bardzo zniszczonych mebli i dużego, umieszczonego w przedpokoju lustra, tzw. trema. Jak się można domyślić, teraz w tym dużym mieszkaniu ulokowała się większa ilość lokatorów. Pomimo odstraszającego wyglądu domu było ono – jak to się mówi – zagęszczone, co w zrujnowanej Warszawie nie dziwiło nikogo.

I tylko w miarę upływu lat pięciu, dziesięciu, piętnastu, kiedy na Brzozowej i Bugaju ruszyły budowy, a wysoko na skarpie wyrosły staromiejskie domy, kiedy na drugim brzegu Wisły stanęły szeregiem wysokościowce Pragi II – ten strzaskany dom wydawał się po prostu jakimś przeoczeniem.

Ibidem, ss. 5-6.


ZAMEK KRÓLEWSKI

Zamek Królewski jest w powieści dopiero w odległych planach, niemniej został wspomniany, co, jak sądzę, świadczy o tym, że był ważnym elementem stolicy i wielu mieszkańców czekało na jego odbudowę. Byli też i przeciwnicy tego pomysłu, sfrustrowani brakiem własnego lokum, jak pani Szafrańcowa, porażeni kosztami i sprzeczną ideologią, jednak prof. Jan Zachwatowicz, generalny konserwator zabytków, jakoś zdołał przekonać decydentów, odwołując się do poczucia odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń – jak to zgrabnie ujął. Moim zdaniem słusznie, bo nie wyobrażam sobie Warszawy bez Zamku Królewskiego.

– Zamek podobno mają odbudowywać – powiedział któregoś dnia Piotrowski, patrząc przez kuchenne okno na dobrze stąd widoczny, stromo sterczący kawał zamkowych ruin.

– A to pięknie! – oświadczyła zgryźliwie Szafrańcowa. – Zamiast żeby o ludziach pomyśleć, to – Zamek! Komu to dziś potrzebne? Ale takie już czasy okropne: ty, człowieku, giń, przepadnij! Za to na Zamek będziesz sobie mógł popatrzeć! O, mnie się to nie podoba.

– Chyba niezupełnie jest tak, jak pani mówi – powiedział ostrożnie Piotrowski, który nie lubił się sprzeczać z panią Leontyną. – Czy nie pomyślano najpierw o ludziach? Ile to nowych, pięknych domów już stoi, gdzie by się nie obejrzeć.

– A nasz? To już do śmierci mamy w tej ruinie i w tym tłoku mieszkać? – upierała się Szafrańcowa.

– Dobrze pani wie, że ta ruina na rozbiórkę przeznaczona. Przeniosą nas do innego domu prędzej, niż odbudują Zamek. To przecież ogromna i nie na jeden rok zaprojektowana robota.

– Przeniosą – powtórzyła z goryczą w głosie Szafrańcowa – ale gdzie? O, wcale, wcale mi się to nie podoba! Już nigdy nie będę miała tak pięknego mieszkania, jak tu, przed wojną…

Ibidem, s. 6.

 

Ucho od śledzia
Ruiny Zamku Królewskiego w 1944 r. od strony placu Zamkowego. Widać też rozbitą Kolumnę Zygmunta.


KOLUMNA ZYGMUNTA

Kolumna Zygmunta również wystąpiła w powieści. Podobnie jak i dziś, kiedyś też było to lubiane przez młodzież miejsce spotkań. Agnieszka zagadała się pod kolumną z kolegą, który odprowadzał ją do domu.

Na placu Zamkowym pod kolumną stała Agnieszka w towarzystwie wysokiego, szczupłego chłopca. […] 

Wieczorem trzeba było zajrzeć do książek. Jutro zaczynały się lekcje. Kiedy cała trójka zasiadła przy kuchennym stole, Michał rzucił niewinne pytanie:

– Jak tam było u koleżanki?

– Niestety, nie udało się. Miała być jakaś mała potańcówka – nic z tego nie wyszło. Przyjechała niespodziewanie rodzina z Łowicza. Nie wypadało inaczej, tylko rozejść się i kropka, jak ty mówisz. Namawiali mnie, żeby iść całą paczką do kina, ale pieniędzy nie

miałam.

– A kolega nie zafundowałby? – zapytał złośliwie Michał.

– Zafundowałby – odpowiedziała  spokojnie Agnieszka – ale ja nie lubię fundowania.

– No i za darmo odprowadził cię do domu.

– Tylko do ruchomych schodów. Zagadaliśmy się przed Zamkiem. On wie od ojca, jak będzie uporządkowany cały teren. Odbudowa Zamku pójdzie całą parą.

Ibidem, ss. 258-260.


Kolumnę ufundował syn króla Zygmunta III, Władysław IV, odsłonięto ją w 1644 r. jako pierwszy warszawski pomnik publiczny. Od tamtego czasu wielokrotnie dewastowana, przerabiana, naprawiana, poddawana zabiegom konserwatorskim, które czasem bardziej szkodziły niż pomagały, co okazywało się dopiero po upływie kilku dekad – np. beton wlany do podstawy stał się zagrożeniem dla pomnika i musiał zostać usunięty. Pierwotnie kolumna stała przy Bramie Krakowskiej. Po wojnie, w związku z budową trasy W-Z, kolumna musiała zostać przesunięta o 6 metrów w kierunku północno-wschodnim i lekko obrócona. Statua wciągnięta została przy pomocy dźwigu i lin w ciągu 22 minut; 22 metry to także wysokość całej konstrukcji.

Kolumna jest obecnie, podobnie jak w okresie przed I wojną światową, bodaj jeszcze bardziej zintegrowana z placem, a ograniczenie ruchu sprzyja swobodnym przechadzkom po placu Zamkowym. Pod kolumną Zygmunta Vars i Sava umówili się na pierwszą randkę, jest to więc bardzo ważne, sentymentalne miejsce.

Ucho od śledzia
Kolumna Zygmunta, zdj. Zbyszko Siemaszko, 1955-1958, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

 

Kolumna Zygmunta, zdj. Zbyszko Siemaszko, 1967, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.


SCHODY RUCHOME

Pierwsze takie schody – duma Warszawy ważąca 150 ton (obecnie już tylko 15). Nic to, że na jej potrzeby należało przebudować (czytaj: zdewastować) rokokową Kamienicę Johna i budynki zawadzające na trasie schodów. Dzieciarnia, przyjeżdżająca na wycieczki do stolicy, opowiadała potem głównie o tychże schodach, które woziły 10 000 (20 000 licząc w górę i w dół) osób na godzinę na długość około 30 i wysokość 12 metrów. Jak ważne były to schody niech świadczy fakt, że w powieści wspomniano o nich aż trzykrotnie. Dziś, zamiast radzieckiej maszynowni, zajmującej pół Starówki, mamy toalety, w których krany nie tylko moczą, ale i suszą dłonie. Na dole i górze schodów ustawieni są cerberzy, którzy pilnują porządku i krzyczą, że schody są do zjeżdżania, a nie do fotografowania. Udało nam się jednak, cudem jakimś, pstryknąć parę zdjęć – jednak tylko schodom jadącym w górę. Sfotografowanie schodów jadących w dół nie wchodziło w rachubę, dostaliśmy i tak naganę z wpisaniem do akt. Chcieliśmy też przejechać się windą, ale w obliczu kolejki na 7 wózków dziecięcych i 3 rowery – zdezerterowaliśmy.

Michał po obejrzeniu Krakowskiego Przedmieścia zdążył ruchomymi schodami zjechać w dół i wrócił Wybrzeżem do domu.

Ibidem, s. 30.

Ucho od śledzia
Schody ruchome przy trasie W-Z, zdj. Zbyszko Siemaszko, 1966, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.


WIDOK Z WIEŻOWCA NA TAMCE

Któregoś razu Michał jak zwykle chciał się popisać, zabrał więc Witka na czternaste piętro wieżowca na Tamce, żeby pokazać mu panoramę Warszawy. Jest to sztandarowa „warszawska” scena powieści, chętnie do niej wracam nawet w myślach, żeby ustalić, czy umiałabym zlokalizować wszystkie wymieniane przez chłopców miejsca.

[…] skręcili już przy Kopernika i wkrótce stanęli przed wieżowcem. Michał pewnym krokiem wszedł do klatki schodowej. Wiedział, gdzie jest winda, otworzył drzwi i puścił kolegę przodem. Nacisnął guzik i zanim oszołomiony Witek ochłonął, byli już na czternastym piętrze.[…]

Witek wstrzymał okrzyk zachwytu.

Z tej wysokości widać było ogromny kawał Warszawy. Wisła ciemną pręgą płynęła, pod dwoma mostami: Śląsko-Dąbrowskim i Gdańskim, ulice wydawały się misterne jak na wystawie w Składnicy Harcerskiej. Sunęły po nich tramwaje i auta. Za dwupoziomowym nowym mostem, zasłaniającym stary kolejowy, dymił w biegu pociąg.

– ZOO widzisz? Tam? A naszego domu nie widać. Pałac Pod Blachą zasłania, ten koło Zamku.

– A tam dalej Katedra! — zawołał Witek, uradowany, że i on może coś wymienić. – A przed nią Bernardyni. A tu kościół Świętego Krzyża!

– No i co jeszcze?

– Dom Związków Zawodowych koło mostu też poznaję.

– A tu blisko?

– Tu? – Witek zawahał się – to chyba Świętokrzyska.

– Tak. Ministerstwo Skarbu.

– Gdzie?

– No, te bloki kremowe. A tu bliżej, przed Kopernikiem, Pałac Staszica. Wieżyczka na dachu to Bristol, a tam gdzie chorągiew – Pałac Rady Ministrów. A tu – wychylił się – widzisz? Elektrownia dymi.

Ibidem, ss. 103-104.

Postanowiliśmy z Hędrixem, bratem Savy (Vars w tym czasie dziergał pracę magisterską), odnaleźć okno wieżowca, z którego Michał i Witek oglądali Warszawę, i sprawdzić, czy nadal są widoczne punkty, o których mówili. Mieliśmy przy okazji masę przygód, ale koniec końców – udało się! Blok, z którego chłopcy podziwiali miasto z czternastego piętra, znajduje się przy ul. Tamka 49 (dziś mieści się tam Manufaktura Cukierków). Wszystkie zdjęcia z tej części wpisu są autorstwa Hędrixa, utalentowanego studenta grafiki komputowej.


A oto i okna, z których chłopcy obserwowali Warszawę z czternastego piętra.

Tak właśnie w 2017 r. prezentuje się panorama z wieżowca na Tamce. Byliśmy tam przed zachodem słońca, więc widok naprawdę robił wrażenie.

Ucho od śledzia Ucho od śledzia


ZOO

Jako że do zoo nie chadzamy, pokusiliśmy się jedynie o zdjęcie bramy wejściowej. W latach 60. napis przy zoo prezentował się inaczej. Zoo wspomniane jest w powieści trzykrotnie, w tym raz porównane jest z łódzkim ogrodem, do którego Michał ma zamiar zabrać młodsze rodzeństwo podczas ferii świątecznych, które planował spędzić w domu rodzinnym. Nie udało się jednak tego zrealizować.

Światła stojące na drugim brzegu Wisły tak pięknie odbijają się w wodzie. Błyskają neony, czerwieni się ogromny, zawieszony w powietrzu napis ogrodu zoologicznego i z rzadka huczy biegnący po moście tramwaj.

Ibidem, s. 237.

 

Ucho od śledzia


 

PAŁAC POD BLACHĄ

Nazwa pałacu wzięła się od pokrycia dachowego z blachy miedzianej, chociaż dach pokryty był też dachówką. Mury budynku jakimś cudem przetrwały wojnę, być może dlatego, że do września 1944 r. stacjonował tu batalion niemieckiej żandarmerii „Potsdam”, jednak w czasie II wojny światowej główna część oraz południowe skrzydło zostały spalone przez Niemców. Na zdjęciu poniżej widoczne są pozostałości pałacu bez dachu. W czasie budowy Mostu Śląsko-Dąbrowskiego odbudowany został także Pałac Pod Blachą (1948-1949).

Ucho od śledzia

Budowa Mostu Śląsko-Dąbrowskiego na filarach Mostu Kierbedzia, 1948/1949, źródło: Karol Małcużyński, Szkice warszawskie, Książka i Wiedza, Warszawa 1955,


MOST ŚLĄSKO-DĄBROWSKI

Zdecydowaliśmy się na ujęcie Trasy W-Z z wjazdem na Most Śląsko-Dąbrowski z tego punktu, ponieważ na panoramie z 2017 r. widoczny jest także Most Świętokrzyski i Stadion Narodowy.

Ucho od śledzia
Most Śląsko-Dąbrowski, zdj. Grażyna Rutowska, 1965, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.


MOST GDAŃSKI

Klimatyczny, iście zaczarowany most. Interesująca konstrukcja dobrze prezentuje się na zdjęciach zarówno w ciągu dnia, jak i po zmroku, a odkąd na moście zawisł neon MIŁO CIĘ WIDZIEĆ, fotografowany jest jeszcze chętniej. W zeszłym roku dodatkową atrakcją była możliwość wpisania imienia osoby, którą chciało się pozdrowić na neonie. Skorzystaliście?

Muszę przyznać, że zawsze oddycham z ulgą, kiedy pomyślę, że gang żuli, do którego próbowali wciągnąć Michała, nie wpadł na pomysł, jakoby chrztem bojowym miało być np. przespacerowanie się po wielkich rurach mostu (pod Cytadelą). Liczne arcydzieła, uwiecznione na rurach i konstrukcji mostów, świadczą co prawda o wizytach odważnych „artystów”, jednak po co kusić los, podsuwając na srebrnej tacy gotowe pomysły.

Lubię też sobie wyobrażać, że bohaterowie powieści porządkowali teren nad Wisłą pod obecne bulwary, które zapewne byłyby i ówcześnie miejscem schadzek młodzieży.

Ucho od śledzia
Most gdański, zdj. Grażyna Rutowska, 1965, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

 

Ucho od śledzia
Most gdański, zdj. Grażyna Rutowska, 1965, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.


KATEDRA

Szczerze powiedziawszy przy czytaniu i analizowaniu fragmentu mieliśmy niezły zgryz, ponieważ nie wiedzieliśmy dokładnie, o którą katedrę może chodzić. Na początku obstawialiśmy Bazylikę archikatedralną św. Jana Chrzciciela na Starym Mieście przy ul. Świętojańskiej, jednak z Tamki jest tam dość daleko, niekoniecznie mogła być więc widoczna z okna. Potem pomyśleliśmy, że może chodzi o Katedrę Polową Wojska Polskiego przy ul. Długiej, ale to wydało się jeszcze mniej prawdopodobne, w końcu stanęło na Bazylikę katedralną św. Michała Archanioła i św. Floriana Męczennika widoczną na prawym brzegu Wisły na Pradze. Gdy wjechaliśmy z Hędrixem na czternaste piętro wieżowca na Tamce, stwierdziliśmy naocznie, że ostatnią budowlę jak najbardziej widać z okna, z kolei Bernardyni, o których mówi Witek, również znajdowali się na Pradze, stąd przypuszczenie, że chodzi właśnie o tę katedrę. Więcej na jej temat pisaliśmy w poście o wycieczce Na Pragie.

Ucho od śledzia

BERNARDYNI

Punkt ten pomógł nam wskazać varsavianista dr Marek Ostrowski, organizator misji Balloon Sci-Art Gallery  Jedyny pobernardyński obiekt w pobliżu kościoła Floriana, to kościół Matki Boskiej Loretańskiej – najstarszy pobernardyński kościół na Pradze, jeszcze z okresu Wazów (dziś została tylko kaplica i jest ona wbudowana w środek obecnego kościoła, fantastyczny układ wewnętrznych naw). Jest to historyczne miejsce nie tylko dla Pragi. Znajduje się przy ul. Ratuszowej, w rogu przy samym Zoo. Przypuszczam, że może chodzi o ten obiekt.


KOŚCIÓŁ ŚWIĘTEGO KRZYŻA

Gdzie skarb twój, tam będzie i serce twoje – mówi Ewangelia według św. Mateusza (Mt 6:21). Być może ciałem Fryderyk Chopin został w Paryżu, ale jego serce jest w Polsce, w Warszawie. A to najważniejsze.

Ucho od śledzia
Kościół św. Krzyża, zdj. Zbyszko Siemaszko,1960-1967, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Ucho od śledzia

Ucho od śledziaUcho od śledzia


DOM ZWIĄZKÓW ZAWODOWYCH

Z listy budowali wymienianych przez Michała i Witka, Dom Związków Zawodowych był, o dziwo, najtrudniejszy do zlokalizowania. W tym wypadku o pomoc również poprosiliśmy doktora Ostrowskiego. Przesłaliśmy mu zdjęcia panoramy widocznej z okna wieżowca i dostaliśmy następującą odpowiedź: Na zdjęciu przy prawej krawędzi ramki jest budynek z napisem OPZZ Była to siedziba Centralnej Komisji Związków Zawodowych aż do 1980 r. (ale ciągłość została zachowana, bo dziś jest w tym miejscu Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych), jednak nie jest to budynek koło żadnego z mostów. Z perspektywy widocznej na zdjęciu nie widać natomiast domu, który kojarzy mi się (wyłącznie kojarzy, bo nie znalazłem obecnie potwierdzenia) ze związkami zawodowymi (ale nie centralą) bezpośrednio przy moście Śląsko-Dąbrowskim, gdzie dziś jest stomatologia. Przy moście Gdańskim nic wspólnego ze związkami zawodowymi nie było.

Ale chłopaki namieszali z tym mostem! Czy znacie jakieś inne wyjaśnienie tej zagadki?

Ucho od śledzia


MINISTERSTWO SKARBU / FINANSÓW

Niegdysiejsze Ministerstwo Skarbu, o którym mówi Michał, to dzisiejsze Ministerstwo Finansów. Ale jako że na polityce się nie wyznajemy, o działalności ministerstwa można poczytać TUTAJ. Zauważalną zmianą w stosunku do lat 60. ubiegłego stulecia, jest stacja II linii metra, która usytuowana jest na wprost budynku.

Ucho od śledzia

Ucho od śledzia


PAŁAC STASZICA

Czy wyobrażacie sobie fasadę pałacu w stylu bizantyjsko-ruskim?

Ucho od śledzia
Pałac Staszica, zdj. Zbyszko Siemaszko,1963-1968, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Ucho od śledziaUcho od śledzia


POMNIK MIKOŁAJA KOPERNIKA

W ciągu długiego okresu przygotowań i stale zmieniających się możliwości wzniesienia pomnika Kopernika powstało wiele koncepcji plastycznych. Według pierwszego projektu narysowanego przez arch. Piotra Aignera, pomnik miał być w kształcie kolumny, z kolei arch. Szpilowski zaprojektował go w formie obelisku na wzór stojącego w Rzymie obelisku przed kościołem św. Piotra, dalej przypuszczalnie Zygmunt Vogel w kształcie kuli ziemskiej dźwiganej przez cyklopów i wreszcie Bertel Thorvaldsen w tym ujęciu w jakim ostatecznie został wykonany. Przy tym należy dodać, że cokół pomnika był projektowany przez Idźkowskiego i przez Corazziego. Również i sprawa wyboru miejsca dla ustawienia pomnika ulegała kilkakrotnie zmianom, pomimo, że wyraźnym życzeniem Stanisława Staszica było wzniesienie monumentu przed siedzibą Towarzystwa Przyjaciół Nauk na tak zwanym placu Podominikańskim.

Piotr Biegański, Pomnik Kopernika w Warszawie, Ochrona zabytków 6/1 (20), 47-54, 1953, s. 49.

Ostatnia hitlerowska okupacja posunęła się w swoim szowinizmie do usunięcia polskiego napisu na cokole przez zasłonięcie go tablicą z napisem w języku niemieckim. Niezatarte wspomnienie pozostawił w Warszawie wypadek, który rozegrał się prawie że w oczach hitlerowców. Przymocowana na cztery śruby ciężka brązowa tablica z napisem niemieckim została usunięta w dniu 9 lutego 1942 r. przez niewiadomego sprawcę na znak protestu społeczeństwa. Ten fakt dał powód do skucia na cokole napisu polskiego i ponownego założenia tablicy. Tak przetrwał pomnik do powstania 1944 r., do momentu walk na ulicach Warszawy, kiedy to pomnik i cokół zostały uszkodzone pociskami i kulami. Po usunięciu ludności z miasta hitlerowcy poważnie uszkodzoną figurę obalili i wywieźli na zachód jako złom z zamiarem przetopienia.

Po oswobodzeniu Warszawy władze Polski Ludowej podjęły poszukiwania wywiezionych przez hitlerowców dzieł sztuki. Figurę Kopernika rozbitą na dwie części odnaleziono w składnicy złomu na Śląsku w miejscowości Hajduki Nuyskie, skąd w dniu 5 lipca 1945 roku została przywieziona do Warszawy.

Ibidem, s. 51.

Niewiele znaczącym, ale charakterystycznym momentem dla pracy wykonanej przez oba przedsiębiorstwa – odlewnicze i kamieniarskie – był fakt, że figura powróciła do Warszawy w 1945 roku bez „sfery armilarnej“ (układ planetarny), którą Kopernik trzymał w ręku. Prowizorycznie zamocowana sfera przy pierwszym ustawieniu posągu była wykonana z drzewa i blachy według rysunku wykonanego na podstawie fotografii. Jednakże przy ostatecznym remoncie pozostawienie jej nie było ani możliwe, ani wskazane. Próbę wykonania z mosiądzu odkładano do czasu sprecyzowania domniemanej wielkości. I oto w momencie, kiedy prace konserwatorskie dobiegały końca zjawił się nieznany znalazca autentycznej sfery, którą hitlerowcy porzucili w zniszczonej Warszawie, i przekazał ją wykonawcom. Wykonanie nowej sfery stało się bezprzedmiotowe, gdyż oryginalna trafiła do rąk Wielkiego Astronoma, uzupełniając całość autentycznego pomnika.

Ibidem, s. 53.


Kopernik cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem nie tylko goszczących w stolicy turystów, ale i samych warszawiaków. W szczególności sprawa tyczy się sfery armilarnej, która od czasu do czasu znika z pomnikowej dłoni, a potem nagle wraca – oddana dobrowolnie lub pod przymusem. W noc poprzedzającą naszą wycieczkę śladami bohaterów powieści, Kopernik prawdopodobnie brał udział w jakimś wieczorze kawalerskim albo modnym młodzieżowym wyzwaniu, na szyi miał bowiem zawiązany krawat – trzeba przyznać, że całkiem schludnie, z dołu nie daliśmy jednak rady rozpoznać rodzaju wiązania.

Ucho od śledzia Ucho od śledzia

HOTEL BRISTOL

Bodaj najdroższy, a i najstarszy działający hotel w Warszawie. O hotelu zasadniczo możemy powiedzieć tyle, że nasza firma brała udział w aranżowaniu wnętrza lobby. Otarliśmy się więc o wielki świat, oj tak!

Ucho od śledzia
Hotel Bristol, zdj. Zbyszko Siemaszko,1959, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Ucho od śledzia

PAŁAC RADY MINISTRÓW / PAŁAC PREZYDENCKI

O Pałacu wiecznie zmieniającym nazwy i jednym z ciekawszych jego mieszkańców stworzyliśmy kiedyś krótką opowiastkę W pałacowym cieniu.

Ucho od śledzia


ELEKTROCIEPŁOWNIA

Podejrzewamy, że to właśnie Elektrociepłownię na Żeraniu ma na myśli Michał, mówiąc o dymiącej elektrowni. Zapewne połowę zużycia energii zapewniał „smok” – lampa zainstalowana przy kuchennym stole przez Michałowego wujka, przy której to młodzi bohaterowie odrabiali wspólnie lekcje.

Ucho od śledzia


ZAKROCZYMSKA

Na Zakroczymskiej mieszkał kolega Agnieszki, z którym zagadała się przy Kolumnie Zygmunta i który działał na nerwy Michałowi. Przy tej ulicy stoi też jeden z budynków Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych (wejście od ul.

– Wiesz, Witek – mówi Michał strzygąc uchem i okiem w stronę pokoju nauczycielki, widocznego przez szeroko otwarte drzwi wujkowego pokoju – ja tej „tyki do fasoli” nie rozumiem. Niby taki mądry, w dziewiątej klasie, a patrz, dzisiaj już drugi raz tu przyleciał. Gdzie on ma rozum? Przecież aż na Zakroczymskiej mieszka!

– Kawał drogi! – przytakuje Witek.

– I jaka strata czasu! Masz pojęcie?

– Może go dziewczyny prosiły?

– Po co? Mogłyby mnie albo ciebie poprosić. Zajrzałbym do książki i też przepytałbym, nie?

– A może on im tłumaczy? Przecież dwie klasy wyżej, to chyba coś więcej wie?

– Wątpię. Wcale na rozgarniętego nie wygląda. Prawda, rozgadał się trochę, ale żebyś wiedział, czym on Agnieszce głowę zawraca, tobyś pękł!…

– No? – zainteresował się Witek.

– Lalką! Słyszałem na własne uszy, jak bozie-kozie! O jakiejś lalce opowiadał, aż ona widocznie tego miała dość, bo mu przerwała, a potem od razu o jakimś Wokulskim, że ten Wokulski jej się podoba.

– Wokulski?

– Tak. Dobrze słyszałem: Wokulski. Nie znasz takiego? Ja też nie słyszałem, chyba nie z naszej szkoły. Ale kij od szczotki wściekł się, widać zazdrosny, bo zaczął jej klarować, że ten Wokulski taki i owaki, że jemu się wcale nie podoba. A za chwilę – znowu o tej lalce. No więc, czy on jest mądry?…

– Wokulski?… Wokulski – przypominał sobie coś Witek.– Lalka?… Już wiem. Tatuś przyniósł z biblioteki książkę i czytał wieczorami na głos mamusi. Tam było coś o Wokulskim?… I o lalce! Aha: książka nazywała się „Lalka”… Więc oni na pewno o tej książce?

– Taaaak? – Michałowi zrzedła mina. – Może nie dosłyszałem…

Hanna Ożogowska, op. cit., ss. 291-292.

Ucho od śledziaUcho od śledzia


MDM

MDM, czyli Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa (skrótowiec rozszyfrowywany był też przez optymistów jako Może Dostanę Mieszkanie), wymieniony był w powieści dwukrotnie.Mimo iż jest to dość rozległy teren, sztandarowym punktem był dla mnie zawsze pl. Konstytucji z wielkimi kandelabrami. Zespół mieszkaniowy od zawsze budził wiele kontrowersji – tak istotnych, że był aż trzykrotnie wpisywany do rejestru zabytków, ostatni raz miało to miejsce w tym roku.

Cała niedziela zepsuta! Mieli przecież iść po obiedzie na film Disneya, a potem na MDM obejrzeć wystawy. Zamiast tego — poważna rozmowa z ojcem. Rozmowa, to znaczy: ojciec mówił, mama, jak zawsze, zniecierpliwiona długimi przerwami między jednym jego zdaniem a drugim, wtrącała swoje, a Witek przez cały czas myślał: „Żeby to się już raz skończyło…”

Hanna Ożogowska Ucho od śledzia, s.12.

Michał wraca późno. Złość na Witka, na Agnieszkę i na siebie samego pognała go aż na MDM.

„Głupia Agnieszka!… Sama oślica!… Już ja ją rozumu nauczę. Trzeba tylko spokojnie pomyśleć i tak jej dopiec, aż wróci, skąd przyjechała. Popędzi, aż się będzie kurzyć!…

Ibidem, s. 47.

Ucho od śledzia
Plac Konstytucji, zdj. Zbyszko Siemaszko,1953, zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Ucho od śledzia

Ucho od śledzia

MOKOTÓW

Witek i Michał jadą autobusem na Mokotów. […]

Trafili na jedną ze spokojnych zielonych ulic Mokotowa, gdzie po obu stronach leżały mniejsze lub większe ogródki, a za siatkowymi ogrodzeniami i kwiatowymi grządkami stały niewysokie domy lub pojedyncze wille.

–  Ładnie tu – oglądał się  Witek.– Ale dokąd idziemy?

–  Zobaczysz.

Przystanęli obok gęsto zarośniętej żywopłotem siatki. Michał musiał tu kiedyś być, bo zaraz odnalazł miejsce, gdzie przez rzadsze gałęzie widać było mały, starannie utrzymany ogródek.

– Widzisz drzewo na wprost? To – wierzba. Nazywa się płacząca, bo ma takie zwisające gałęzie. Ta tutaj chyba specjalnie była pielęgnowana, w całą altanę się rozłożyła. Widzisz ławeczki pod nią? O, i fotelik stoi, pewno z mieszkania wyniesiony, jeszcze go tu nie widziałem.

– Bywasz tutaj? — zapytał Witek i dodał z kpiną: – Znowu jakaś ciocia?

—  Jakbyś zgadł, tylko nie ciocia, a wujek, i nie mój, tylko Zbyszka, i nie tu, tylko tam, na samym końcu ulicy. Przechodziliśmy tędy i Zbyszek pokazywał, bo tu naprawdę jest na co popatrzeć. O tam, tam na lewo, przed samym domem, widzisz? – stawek zrobiony. Takie kwiaty w nim rosną jak na prawdziwym stawie, widzisz?

Witek wyciągnął szyję i oglądał ukazywane przez przyjaciela rośliny.

– Teraz chodź koło furtki.  Tam najlepiej widać. Domek jak pudełko zapałek. Przeszedłbyś i nie zauważył. A pod drzwiami zawsze pies siedzi. O, jest, widzisz? Musi być chyba stary.  Wcale się nie rusza. Zbyszek wołał i drażnił, a pies nic, ani nie szczeknął. Dziwny pies, nie? Do niedźwiedzia podobny. Ale zaraz… tu koło drzwi rósł jałowiec… O! spalony!… Widziałem, że miał parę uschniętych gałęzi, ale po co go było palić? Taki był rozrośnięty! Głupi pomysł! Głupi pomysł!…

Ibidem, ss. 252-254.

Jakoś tak się składa, że wycieczkę chłopców na Mokotów wyobrażałam sobie w okolice ul. Narbutta. Po pierwsze dlatego, że fascynowały mnie te dwie litery „t”, ponieważ jedna z nich pojawiła się tam w magiczny sposób, pod drugie – moja znajomość Mokotowa właśnie na ul. Narbutta się kończyła, a po trzecie – nigdy nie umiałam odróżnić jałowca od innych cyprysowatych, więc poszukiwałam domu, przed którym rósłby spiczasty krzak. Willa przy Narbutta 10 spełnia wszystkie te postulaty: stoi tu przepiękna willa Feliksa i Inny Siedlanowskich (w późniejszym okresie Ambasada Syrii).

Ucho od śledzia  


PIWNICZKA NA SKARPIE

– Michał, pomóż mi. Po obiedzie muszę przynieść ziemi. Mama chce kwiatki przesadzić. Pójdziesz ze mną?

– Gdzie?

– Jest takie jedno miejsce na skarpie, ziemia jak masło, tłusta. I pokażę ci tam coś ciekawego…

– Co?

– Nie. Teraz nie powiem. Tajemnica.

– Tajemnica? – nadstawił uszu Michał. – Jaka?

– To się nie da opowiedzieć, trzeba zobaczyć.

Miejsce z dobrą ziemią do kwiatków Witek znał od kilku lat. Trzeba było iść kawałek Dobrą, skręcić w prawo, a potem już tylko ścieżką pod górę. Zbocze było gęsto zarośnięte krzakami, których uschnięte liście jeszcze teraz dość grubą warstwą pokrywały grunt. Ale już przez nie śmiało przedzierały się piórka nowej trawy, a gałęzie krzewów obsypane były młodymi pączkami i wyglądały z daleka, jakby je przesłaniała zielona mgła.

Witek, uzbrojony w ręczną grackę, szybko spulchniał ziemię, a Michał łopatką do węgla nakładał ją w koszyk.

– No, a tajemnica gdzie? – niecierpliwił się, kiedy napełniali koszyk.

– Zaraz — oglądał się Witek – przecież ja tu od zeszłego roku nie byłem.

– Fiuuu! Już twoją tajemnicę dawno diabli wzięli! Tylko głowę mi zawróciłeś.

– Nie jest do wzięcia, poczekaj… tu, od tej wierzby trzeba iść pięć kroków na lewo i znaleźć połówkę zielonej cegły…

– Wariat! Zielonych cegieł nie ma, tylko czerwone.

– Ta jest po wierzchu taka zielona, omszała, trudno ją w trawie zobaczyć. Może zarosła, może ją ziemią przysypało. Szukajmy…

– Albo ją kto stąd wziął, bo musiał szafę podeprzeć. Możemy szukać do sądnego dnia! – złościł się Michał, ale rozglądał zaintrygowany.

– O, jest – ucieszył się Witek – ta sama, tylko jeszcze więcej zielona, widzisz? Teraz od tej cegły na skos w górę dwadzieścia pięć kroków, aż się stanie w prostej linii nad kasztanem.

– To nie można od razu od kasztana w górę? Po co szukać głupiej cegły?

– Po to, że tamtędy zarośnięte i nie przejdziesz. Gdyby tam było przejście, to niejeden już by trafił i – po tajemnicy. Rozumiesz? Idź za mną. O, tu trzeba przeleźć nisko, pod krzakiem – schylił się na czworaki Witek – tu jeszcze raz… No, i patrz!

Stali na malutkiej platformie obok siebie. Z trzech stron zasłaniały ich wyższe od nich krzaki, z czwartej widać było spod kęp wyrastającego ze szczelin ziela kawałek muru i sporą w nim wyrwę. Michał zajrzał, a nawet wszedł do środka. Była to jakaś mała, kilkumetrowej powierzchni piwniczka, pusta, z ceglaną podłogą, którą przy wejściu zarastały chwasty, a w głębi pokrywały suche liście i naniesione wiatrem strzępy śmieci.

– A tajemnica gdzie? – rozglądał się uważnie po ścianach Michał.

– Kapuściana głowa jesteś! – zdenerwował się Witek. – Jeszcze ci mało? Pokazuję mu takie miejsce, taki schowek, o którym nikt nie wie – a on: „Gdzie tajemnica?”.

– Aha! Rozumiem – uspokoił się Michał.

Ibidem, s. 198-200.


Celowo nie wstawiłam tutaj żadnego zdjęcia – jest to bowiem miejsce, które każdy musi odnaleźć sam. Albo w rzeczywistości, albo w wyobraźni. Miejsce, które będzie pełniło rolę tajemnej skrytki, twierdzy, w której będzie się można schronić przed całym światem i sobą samym. Masz takie miejsce w Warszawie?

 

WRACAMY NA POWIŚLE

I tu kończy się nasza wędrówka śladami bohaterów powieści Ucho od śledzia. Wracamy na Powiśle zobaczyć, co słychać u mieszkańców kamienicy. Przysiądziemy do wspólnych lekcji przy stole w kuchni, spróbujemy kartoflanki pani Anieli, podlejemy kwiaty państwa Szafrańców, którzy wyjechali do leśniczówki i zabierzemy Pimpusia na spacer nad Wisłę. A wieczorem polecimy na „kręćka” z Agnieszką, Witkiem i Michałem. Pycha!

 

Dziękujemy za wspólną wycieczkę!

 

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on TumblrPin on PinterestEmail this to someonePrint this page

Zostaw Komentarz