Dolina Szwajcarska

Czasami tak się składa, że mimo najlepszych chęci i miłych skojarzeń z danym miejscem trudno zaprezentować je w sposób, jaki naprawdę byśmy chcieli, ponieważ wpływ ma na to harmonogram, który sobie ustaliliśmy. Dolina Szwajcarska jest właśnie jednym z takich miejsc. Zarówno w zeszłym roku podczas cyklu VarSavskie Dekady, jak i w tym roku w cyklu VarSavski Alfabet Dolina Szwajcarska nie prezentuje się najlepiej w czasie pory roku, w której – według ustalonego planu – należałoby wybrać się tam na spacer. Ani gołe drzewa i krzaki, ani tym bardziej wyłączona fontanna nie podkreślą urody tego miejsca. Podobnie było z wycieczką na Boernerowo – mimo że byliśmy na Bemowie trzykrotnie, światło nijak nie podkreślało uroku drewnianych domków na Osiedlu Łączności, a na Lotnisku Babice niewiele było widać z daleka. Czasami po prostu nie ma się wpływu na pewne sprawy, trzeba więc brać to, co dają i cieszyć się, że w ogóle była możliwość coś poznać, zobaczyć, zgłębić. Zawsze też można spróbować wrócić w wybrane miejsce przy innej pogodzie lub w okresie innej pory roku. A jeżeli nie będzie na to czasu albo ochoty, to w sumie też nic się nie stanie, bo życie jest za krótkie, żeby zawracać sobie głowę takimi sprawami. W samej tylko Warszawie jest jeszcze tyle miejsc i parków, których jeszcze nie odwiedziliśmy, że doprawdy nie ma co się rozdrabniać. Dolina Szwajcarska w lutym prezentuje się dość ubogo, nie było nawet śniegu, ale świeciło słońce i było całkiem przyjemnie. Będzie okazja, to wybierzemy się tam także, gdy wszystko się zazieleni. A tymczasem miło było posiedzieć chwilę na ławce i wyobrażać sobie to miejsce w jego największym rozkwicie, o czym pisała we wspominaniach o Warszawie Jadwiga Waydel Dmochowska.

Dolina Szwajcarska

Dolina Szwajcarska

Dolina Szwajcarska była niegdyś szalenie popularnym parkiem rozrywki w Warszawie, w którym po prostu należało bywać. Obecnie Dolina zajmuje znacznie mniejszy teren. Próżno doszukiwać się tu też przedwojennych atrakcji czy pawilonów kawiarniano-gastronomicznych nawiązujących do architektury szwajcarskiej. Być może właśnie od owych pawilonów miejsce to wzięło swoją nazwę.

Historia zało­żenia Doliny Szwajcarskiej sięga 1825 r., kiedy to ka­pitanowi batalionu saperów Stanisławowi Śleszyńskie­mu dzielono konsensu na posiadanie gruntu Ma­jętności Łazienek Królewskich należącego, pobazyliańskie zwanego. Grunty te w połowie XVIII w. były jeszcze pustkowiem w obrębie wsi Ujazdów. Tak było do 1825 r. Wtedy to właśnie wspomniany Stanisław Śleszyński, zaraz po nabyciu prawa własności do gruntów, na znacznej ich części, odległej od budowanego pałacyku, a pełnej wzgórz i parowów, urządził ogród publiczny nazwany Doliną Szwajcarską. Wzniósł tam kilka altan w rodzaju szwajcarskich domków góralskich i wyna­jmował je różnym przedsiębiorcom: cukiernikom, piwiarzom, kiełbaśnikom itp. Na lato sprowadzał orkie­strę, która przygrywała spacerowiczom. Następni właściciele Doliny – Dziechcińscy – zbudowali w roku 1855 zimowy gmach koncertowy z salą największą podówczas w mieście, bo liczącą około 1600 łokci kwadratowych powierzchni. W ciągu całej drugiej połowy XIX w. Dolina była ulubionym miej­scem zabaw i spotkań eleganckiego świata Warszawy.

W ogrodzie koncertowały co rok sprowadzane tu z za­granicy słynne orkiestry: Bilsego, Straussa, Fliegego, Mansfelda i Laubego oraz swojskie Osmańskiego i Namysłowskiego. Urządzano tu „Noce Weneckie” i maskarady ogrodowe, powtarzane zimą wewnątrz gmachu. Przez szereg lat był tu cyrk letni, w którym na zimę urządzano ślizgawkę. Tu też był pierwszy w Warszawie „Skating-ring”, czyli ślizgawka na kółkach. Wreszcie Warszawskie Towarzystwo Łyżwiarskie na­było cały teren Doliny, czyniąc z niej miejsce najsłynniejszych ślizgawek.

Dolina Szwajcarska przez wiele dziesiątków lat stanowiła miejsce spotkań i zabaw warszawiaków. Miej­sce to w nieco okrojonych wymiarach dotrwało do 1939 r. Po wojnie wybudowano na tym terenie biurowiec, a w pozostałej części urządzono zieleniec, jeszcze w pierwszych latach po wojnie, w zimie, gdy sprzyjała pogoda, część zieleńca zamieniała się w śliz­gawkę. Obecnie Dolina Szwajcarska jest typowym miejscem parkowym dla tych, którzy po prostu nie mają zbyt wiele czasu aby odwiedzić pobliskie Łazienki Królewskie, Park Ujazdowski czy Ogród Botaniczny.


Alina Jarmontowicz, Róża Krzywobłocka-Laurów Stan kamieniarki w Parku Dolina Szwajcarska w Warszawie, Muzeum Historii Polski, „Ochrona Zabytków 50/2”, Warszawa 1997, s. 155.
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska, XIX w., domena publiczna
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska, Sala koncertowa, XIX w., domena publiczna

Dolina Szwajcarska – tak nazywano nieregularny czworobok, a właściwie kotlinę, której granicę stanowiły ulice: Szo­pena, Aleje Ujazdowskie, Koszykowa i Mokotowska.

Wchodziło się tam od ulicy Szopena. Kilka kondygnacji schodów prowadziło na teren dawnego ogrodu, który za mojej pamięci był już tylko polanką oświe­tloną elektrycznością, zadrzewioną na stokach, służą­cą latem za salę koncertową pod gołym niebem w coś w rodzaju opery leśne jest zimą za teren ślizgawkowy. W głębi, w lewym narożniku, wzniesiono estradę dla orkiestry i to była jedyna część niezmienna Doliny, bo poza nią wygląd tego miejsca spotkań warszawiaków zmieniał się „na rok kilka razy, jak owe u Włochów kupione obrazy”.

Najbardziej lubiłam Dolinę zimą. Zimy mego dzie­ciństwa bywały śnieżne i mroźne. Sezon ślizgawki trwał dwa do trzech miesięcy. Obie z siostrą przepa­dałyśmy za tym sportem, mogłyśmy go jednak upra­wiać tylko w niedzielę, gdyż do Doliny było „bardzo daleko”, a popołudnia dni powszednich zajmowały bez reszty lekcje języków. Za to okres ferii gwiazdko­wych – pełne dwa tygodnie – pozwalał na codzien­ną ślizgawkę. […] Jechało się do Doliny najczęściej sankami – zwy­kle jednokonnymi – na trzy osoby tramwaj się nie opłacał – miejsce kosztowało siedem kopiejek, a san­ki dwadzieścia – dwóm panienkom zaś musiała koniecznie towarzyszyć matka lub guwernantka. Już sam brzęk dzwonka przy sankach i zawieszonych na rzemyku łyżew, sam zgrzyt płóz po wyślizganym śnie­gu jezdni wprawiał w rozkoszne drżenie. Stajemy na miejscu, wykupujemy bilet wejścia, szybko zbiegamy po schodach, których balustrady zdobi teraz warstwa lśniących w słońcu kryształów sypkiego śniegu, i po drewnianym pomoście zmierzamy do silnie ogrzanej i brzydko pachnącej szatni, gdzie się zostawia okrycia i nakłada łyżwy: turfy o nosach zakręconych ku gó­rze jak pantofle tureckie albo ostro ścięte halifaxy. Już na łyżwach, wprawdzie nie skacząc po oblodzo­nych stopniach jak Lewin z Kareniny, ale zwy­czajnie po dość szerokim pomoście schodziło się na lód, świetnie u Łyżwiarzy utrzymany. Kilka razy dziennie zmiatano śnieg, na noc polewano plac wodą. W rannych godzinach tafla była gładka jak lu­stro, potem w ciągu dnia rysowały ją ślady ostrych łyżew. […]
Na kilka lat przed pierwszą wojną światową nastąpił cykl tzw. włoskich zim i oczywiście nie było ślizgawki – sztucznych lodowisk Warszawa nie miała. Próba stworzenia Palais de Glace przy Nowym Świecie, na tyłach dawnego pa­łacu Kossakowskich, skończyła się fiaskiem. Natomiast weszły w modę wrotki. Warszawa miała kilka skating-ringów: na Karowej, w Pasażu Luksemburga i o ile dobrze pamiętam, na świeżym powietrzu – w Do­linie, gdzie uprawiano z zapałem ten sport, znacz­nie jednak mniej estetyczny i mniej zdrowy od śliz­gawki. Z zakończeniem ślizgawki rozpoczynał się martwy sezon Doliny, gdzie oprócz partii winta – grywano wtedy jeszcze w winta w klubie nad szatniami — nic się aż do pierwszych zielonych pączków na drzewach i krzakach nie działo.

Sezon wiosenny zmieniał całkowicie wygląd Doliny: balustrady schodów wejściowych zdobiły skrzynki z kwiatami, na asfalcie bieliły się linie kortów teni­sowych – chyba pierwszych w Warszawie, bardzo w początku dwudziestego wieku uczęszczanych.

Zaczynano rozstawiać rzędy krzeseł przed estradą: niedługo bowiem miały rozpocząć się koncerty. Grywały tam na przemian różne orkiestry krajowe i za­graniczne, na dość wysokim poziomie. Przez parą lat z rzędu grywała kapela Namysłowskiego, zdradzając chwilowo Dynasy – siedzibę Klubu Cyklistów. […] Poza rzędami krzeseł rozstawiano stoliki, przy któ­rych w godzinach popołudniowych można było napić się kawy albo zjeść lody, wieczorem nawet kolację. Niezależnie od stałych koncertów wiosną i latem urządzano w Dolinie różne imprezy na cele filantro­pijne, zabawy kwiatowe z loterią lub koszami szczę­ścia, z confetti i serpentynami. Często jednak letnie burze krzyżowały szyki organizatorom i rozpraszały publiczność. Istniał nawet przesąd w Warszawie, że zabawa w Dolinie przyciąga burzę lub deszcz.
Odbywały się tam niekiedy wystawy psów, estetyczniejsze od dorocznych pokazów urządzanych w zbyt ciasnej siedzibie Związku Łowieckiego przy Nowym Świecie 35.

Krótkie i chłodne dni jesienne kładły kres koncer­tom i zabawom na świeżym powietrzu, wtedy obszerne sale Klubu Łyżwiarzy otwierały swoje podwoje do­rocznemu jarmarkowi owocowemu. Bardzo lubiłam owe jarmarki: miały swój szczególny urok. Droga wiodła przez stojące w jesiennym przepy­chu Aleje Ujazdowskie, stoki Doliny grały wszystkimi tonami purpury, miedzi i złota, asfalt zaścielał mienią­cy kobierzec zwiędłych liści, na balustradzie schodów dogorywały ostatnie płomienie pelargonii. W salach unosił się specyficzny zapach owoców, przeważnie jabłek, których całe stosy piętrzyły się na stoiskach. […] Bardzo ciekawe bywały też stoiska z przetworami owocowymi, które nawiązując do staropolskich trady­cji i przypominając zapomniane przysmaki prababek, mogły również konkurować z zagranicznymi kosztow­nymi łakociami. Ileż tam było atrakcji dla oka i podniebienia: zło­tawe gruszki w miodzie, orzechy włoskie w cukrze, ogromne koła ciemnych serków jabłecznych — lepsze od wszelkich fabrycznych marmelad – śliwki w occie, śliwki na rożenkach (suszone na słomkach, nadziewa­ne smakowicie kminkiem), makagigi, pierniki na czy­stym miodzie. Na półkach słoiki kompotów, konfitur, sorbetów, miodu – równolegle z sadownictwem roz­wijało się i pszczelarstwo – butelki soków pieczęto­wane czerwonym lakiem. Owoce suszone: śliwki i przewyborne wiśnie stały w workach, jedynie mo­rele układano w płaskich drewnianych skrzyneczkach. […]
Starsze panie w mantylkach – znać autorki wysta­wionych na pokaz arcydzieł – zachwalały, pozwalały kosztować, ważyły, pakowały, wtrącając do na pozór handlowej rozmowy miłe słówka: „serce”, „duszko”. Opuszczaliśmy zwykle jarmark obładowani. […] Z pakunkami nie mieliśmy kłopotu: przed Doliną stał zimą czy latem sznur pojazdów – sanek lub dorożek. Doświadczeni dryndziarze wiedzieli, że tam o każdej porze roku trafi się niezawodnie kurs. Jechaliśmy w jesiennym zmierzchu najpiękniejszym szlakiem Warszawy przez Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście z majaczącą w głębi kolumną Zygmunta ku rodzimym pieleszom Miodowej. Wydawało się nam, że wracamy od bardzo kochanej i skrzętnej babuni, która nas tak hojnie na drogę zaopatrzyła, albo od tajemniczej dobrej wróżki, zamieszkałej w Krainie Smakoszów.

Jadwiga Waydel Dmochowska Dawna Warszawa. Wspomnienia, PIW, Warszawa 1958, ss. 47-53.
Dolina Szwajcarska

Dolina Szwajcarska, Wrotkowisko, II połowa XIX w., domena publiczna
Dolina Szwajcarska
Kawiarnia w Dolinie Szwajcarskiej, 1880 r., źródło zdjęcia

Początek XX wieku to okres parcelacji i zabudowy terenu, na którym znajdował się park. Znaczna część Doliny została pokryta asfaltem. W czasie II wojny światowej Dolina Szwajcarska nie kojarzyła się zbyt dobrze, ponieważ przy pobliskiej al. Szucha mieściła się siedziba Gestapo. Zniszczenia wojenne i powstańcze w zasadzie przyniosły kres tego urokliwego miejsca. Czasy powojenne zrodziły zupełnie inną koncepcję zagospodarowania terenu.

Obecny miniaturowy park to w zasadzie skwer, z lekka nawet odrestaurowany i zmodernizowany w 2008 r, jest jedynie skromną pozostałością rozległej niegdyś strefy kultury, bo doprawdy trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to dość eleganckie miejsce, jednak przeznaczone głównie do wyprowadzania psów. Z Salonu Wielkiej Alei (sala koncertowa), Nowej Szwajcarii (ogród zabaw dziecięcych) i Cyrku Letniego przeszliśmy do dzielnicy ambasad, parkingów i skrawka zieleni z kilkoma alejkami. W latach 1999-2004 w jakimś sensie próbowano w Dolinie wrócić do przedwojennych tradycji. Konkurs Teatrów Ogródkowych organizowany był w tym miejscu tylko kilka lat, ponieważ pomysł nie spodobał się mieszkańcom okolicznych bloków, dla których rokroczne imprezy stały się uciążliwe; z czasem konkurs przeniesiony został do Ogrodów Frascati.

Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska

Pozostałościami socrealistycznymi są m.in. wysoka waza oraz fontanna z rzeźbami „Chłopca z żółwiem” i „Chłopca z krokodylem”, szkaradnie zdewastowana, aż dosłownie żal patrzeć – nos jednej z rzeźb został odłamany, a postaci obu chłopców pokryte są wulgarnymi napisami i obscenicznymi rysunkami. Brak słów na tak bezsensowny wandalizm. Gdyby ci nieszczęśni podwórkowi „artyści” zdali sobie sprawę z tego, co niegdyś przedstawiało to miejsce, może mimo wszystko nie ośmieliliby się podnieść ręki z farbą… Marzenia ściętej głowy, jednak nadal liczymy na edukację varsavianistyczną dzieci i młodzieży, dzięki której Warszawa zyskałaby świadomych mieszkańców.

Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska
Dolina Szwajcarska

8 listopada 2016 r. obecna Dolina Szwajcarska wzbogaciła się o Pomnik Henryka Sławika i Józsefa Antalla, odważnych mężczyzn, dzięki którym uratowano co najmniej 5 tysięcy polskich Żydów.

„Stali się symbolami fenomenu uchodźstwa polskiego na Węgrzech. Sławik był wzorowym opiekunem dziesiątek tysięcy polskich uchodźców, Antall z kolei jako pełnomocnik rządu Królestwa Węgier do opieki nad uchodźcami, tak się opiekował, że uchodźcy polscy nazwali go Ojczulkiem Polaków” – słowa Grzegorza Łubczyka, byłego ambasadora Polski na Węgrzech, inicjatora i współprzewodniczącego społecznego komitetu budowy pomnika. W 2017 r. bliźniaczy pomnik w formie ławeczki został odsłonięty w Budapeszcie.

Niestety ptaki, podobnie jak wandale przy fontannie, nie mają szacunku dla bohaterów…

Pomnik Henryka Sławika i Józsefa Antalla Dolina Szwajcarska
Pomnik Henryka Sławika i Józsefa Antalla Dolina Szwajcarska
Pomnik Henryka Sławika i Józsefa Antalla Dolina Szwajcarska
Pomnik Henryka Sławika i Józsefa Antalla Dolina Szwajcarska

Mimo że Dolina Szwajcarska w lutym nie prezentowała się zbyt romantycznie – mało powiedziane, zdewastowana fontanna i błoto na trawnikach sprawiały niestety dość smętne wrażenie – to jednak oczyma wyobraźni zobaczyć można roześmiane pary wirujące na łyżwach lub wrotkach, stoiska ze smakowitymi przetworami oraz kawiarniane stoliki, przy których siedzą panie w pięknych sukniach i kapeluszach oraz eleganccy panowie z podkręconym wąsem.

Do Doliny wybraliśmy się jeszcze w jednym celu, ale o tym już kolejnym razem.

VarSavskie pozdrowienia
Bibliografia

Jarmontowicz A., Krzywobłocka-Laurów R., Stan kamieniarki w Parku Dolina Szwajcarska w Warszawie, Muzeum Historii Polski, „Ochrona Zabytków 50/2”, Warszawa 1997.

Szmit-Zawierucha D., Dudek-Klimiuk J., Pustoła-Kozłowska E., Opinia nt. terenu Doliny Szwajcarskiej.

Waydel Dmochowska J., Dawna Warszawa. Wspomnienia, PIW, Warszawa 1958.

Dwie ławeczki

Informacje o Dolinie Szwajcarskiej

Pomnik Henryka Sławika i Józsefa Antalla

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.